Główna

Zdjęcia

Teksty

Poradnik

Guestbook

 
 

 

O All Blacks, a raczej o ich kibicach

 

Pytacie się mnie o All Blacks i widać wzmianka w artykule o sporcie nie wystarcza.

Pytanie jest o tyle trudne, że nie interesuję się szczególnie rugby, nie widziałam w całości ani jednego meczu, nie oglądam telewizji, a w gazetach nie czytam rubryk sportowych. Ale właśnie to, ile osoba tak odizolowana od tej dziedziny życia jak ja wie o All Blacks świadczy o sile ich kultu w Nowej Zelandii. I o ile informacje sportowe bez trudu znajdziecie w Sieci, to ja powiem, co jest w All Blacks nadzwyczajnego. Nadzwyczajne jest to, jak ich traktuje społeczeństwo.

Pracuję w firmie z branży finansowej. Przez moje ręce przechodzi mnóstwo dokumentów zaświadczających wierzytelność, choć to trochę za szumna nazwa na vouchery transportowe i odbitki kart kredytowych. I kiedy jakiegoś dnia na wielu z tych papierów zobaczę na marginesach napisy "We won!" ("Wygraliśmy!") "We showed them!" ("Pokazaliśmy im!") i inne, wiem, że nasi chłopcy znowu wygrali. Radość w narodzie jest taka, że ludzie spontanicznie wyrażają ją nawet tam, gdzie w reszcie świata nie ma miejsca na taką spontaniczność - na dokumentach finansowych. Może wiedzą, że ktoś inny jeszcze to zobaczy i jeszcze jedno potwierdzenie wygranej sprawi tej osobie radość, a może ich ekspresja jest entuzjastycznie, bezmyślnie bezinteresowna. Nie wiem, ale to sprawia radość. Jeśli cztery miliony ludzi wokół ciebie czują się bardzo dobrze, też zaczynasz się czuć bardzo dobrze.

Przegrane? Można je skomentować tak: "Pokażemy im następnym razem."

W sklepie, na poczcie, po dokonaniu transakcji albo w jej trakcie często się zdarza, że sprzedawca albo klient zacznie komentować niedawny mecz. Jeśli druga osoba też jest zaangażowana, zamienia się to w żywiołową wymianę zdań, po której obie strony rozchodzą się w przyjemnym, silnym poczuciu jedności narodowej. Po wygranym meczu Kiwi może wygłosić z namaszczeniem słowa "to było dobre dla kraju". Rzadko kiedy można słyszeć przeciętnego Kiwi mówiącego coś tak wzniosłego i poważnego.

Choć rugby jest często przez samych Kiwi określane mianem religii narodowej (a w kościołach kiwuskich można oczekiwać modlitwy w intencji kolejnego meczu), członkowie drużyny nie są odległymi, niedostępnymi bogami, jak "celebrities" w Europie czy USA. To chłopaki z sąsiedztwa. Nowa Zelandia jest mała, kariera sportowa jest krótka, wielu ludzi zna osobiście All Blacka lub byłego All Blacka, a plotkarskie czasopisma dostarczają wielu materiałów przypominających, że All Blacks są ludźmi jak my wszyscy. Kiwi traktują All Blacks z wielkim ciepłem. Nie są fanami, którzy żądają wygranych, którzy marudzą, krytykują i oskarżają po przegranych. Kiwi świętują sukcesy swojej drużyny i wspierają ją psychicznie po niepowodzeniach.

Nie interesuję się sportem, ale wiem, że najlepsze, co może się przydarzyć każdej drużynie, to tacy kibice, jakich mają All Blacks w Nowozelandczykach.