CBD
CBD to Central Business
District, czyli jedyna część Auckland, która
wygląda tak, jak dla mnie powinno wyglądać miasto,
czyli wystaje z ziemi w górę. Większość zabudowy
stanowią tu wieżowce po 10-18 pięter i są to albo
budynki komercyjne, albo "apartments" na
wynajem.
Wyrazy mojego podziwu
należą się architektom, bo te wieżowce są ładne
i nie da się znaleźć dwóch identycznych.
Dążenie do oryginalności, które potrafi gdzie
indziej wyprodukować postmodernistyczne potworki
a'la sztuka współczesna, tu zostało oddane na
usługi estetyki chcącej harmonizować z
morsko-przyrodniczym krajobrazem. Jest dużo bieli,
zieleni i błękitu, dużo wieżowców jest
zbudowanych jako wieże o podstawie zbliżonej do
koła (zwykle ośmiokąt) lub wycinek walca.
Niektóre wieżowce są też wyraźnie zainspirowane
pagodami. Ogólne wrażenie to przyjazność i
dostępność.
Wśród wieżowców można
sobie poskakać na bungee. Nowa Zelandia jest
królestwem głupich sportów, takich jak zorbing czy
skakanie na bungee i nawet centrum to nie ominęło.
Można wejść do dużej kuli i zostać wystrzelonym
kilkadziesiąt metrów nad miasto i sobie na nie
popatrzeć z tej kuli, którą rzuca w dwie strony na
elastycznych linach. A. skomentował to jako
"zawał serca za jedyne 40$". Widziałam,
jak z tego korzystają ludzie ubrani w garnitury po
wyjściu z pracy z jednego z wieżowców.
CBD jest z pewnością
najmniej zieloną częścią Auckland, ale jest i tak
bardziej zielone niż jakakolwiek inna przestrzeń
miejska, jaką widziałam, wyłączając miejskie
parki. Jest dużo bujnie wyrośniętych drzew i po
wielu ulicach, jak np. Symonds, idzie się długie
odcinki pod dachem z liści zdolnym całkowicie
ochronić przed deszczem.
W CBD znajduje się
Uniwersytet Auckland, który nie jest w światowej
czołówce, ale jest też w rankingach znacznie
wyżej niż jakakolwiek polska szkoła wyższa i
który sprzedaje swoje usługi dużej liczbie
obcokrajowców, głównie z krajów azjatyckich.
Przyjeżdża tu studiować masa Japończyków,
Koreańczyków i innych narodowości z tego regionu i
ulice CBD są zdominowane przez nich, zaś w wielu
sklepach napisy są wyłącznie w językach
azjatyckich. Na pobliskiej ulicy mamy sklep
sprzedający produkty z owiec, który ma na witrynie
wielki napis "KIWI", a wszystkie inne
napisy są już w niezidentyfikowanym dla mnie
hieroglificznym piśmie. Niektóre billboardy też
nie mają ani słowa po angielsku, a występujący na
nich modele są skośnoocy. To "china town"
czy raczej "japan town" w sercu miasta
wpisuje się jednak w różnorodność
współtworzoną przez mongolski BBQ czy Dresden
House, a poza tym jest sympatyczną rzeczą -
studenci są kulturalni, obsługa w hieroglificznych
sklepach bardzo miła i nie jest to getto, tylko ten
dobry rodzaj wielokulturowości. Pod koniec tygodnia
studenci wieczorami piją i gdy ich grupy idą przez
miasto, brzmi to jakby ktoś ciągnął za sobą na
sznurku po ulicy mnóstwo grzechotek - tak brzmi dla
moich uszu ich (japoński?) język, gdy mówią nim
głośno.
Jak to w centrum, jest sporo
sklepów dla turystów z pamiątkami. Poza wszystkim,
co można zrobić z owczej wełny, bardzo popularnym
gadżetem jest znak drogowy ostrzegawczy z rysunkiem
ptaka kiwi i podpisem "next 1000 km". Znaki
"uwaga, kiwi" rzeczywiście istnieją na
nowozelandzkich drogach, choć 1000 km jest dużą
przesadą.
Auckland nazywa się
"Miastem Żagli" (ponoć w żadnym innym
mieście na świecie nie ma tylu łodzi na
mieszkańca) i w zatoce widocznej z naszego balkonu
rzeczywiście każdego słonecznego dnia pływa
mnóstwo żaglówek. Przypływają i odpływają
oczywiście także promy i duże przemysłowe statki.
Widok z okna na port to najlepszy widok z okna, jaki
miałam w życiu, wliczając w to różne hotele i
ośrodki wypoczynkowe.