Główna

Zdjęcia

Teksty

Poradnik

Guestbook

 
 

 

City z bliska

Ścisłe city Auckland różni się od typowego ścisłego city europejskich miast o porównywalnej wielkości i randze.

To, co się najbardziej rzuca w oczy, to sąsiadowanie wielkich komercyjnych wieżowców ze sklepikami typu "buda".

Kiedy w mieście europejskim jest Główna Ulica w Centrum, to zajmują ją drogie sklepy z ubraniami i biżuterią, sklepy z pamiątkami, banki i inne szacowne firmy, dopracowane w wystroju knajpy - nie chodzi o to, że na takiej ulicy te rzeczy są, ale o to, że zajmują ją całkowicie i można wprawdzie znaleźć na takiej ulicy chwilowo pusty czy remontowany lokal, który szybko znajdzie nowego właściciela lub najemcę, ale nie znajdzie się na takiej ulicy ubogo wyglądającej budki. Queen Street i okolice to zaś skrzyżowanie tego, co się zwykło nazywać city, czyli prestiżowy biznes i lepsze sklepy, z małomiasteczkowym targowiskiem. Zabytkowy budynek banku sąsiaduje tu z azjatycką knajpą z ręcznie wypisanymi reklamami polecanych dziś potraw i wypełzającymi na ulicę zapachami, u stóp trzydziestopiętrowego wieżowca mamy sklep second hand ze wszystkimi rodzajami tanich, używanych rupieci, reklamy i szyldy zrobione profesjonalnie sąsiadują z tymi wykonanymi chałupniczo przez kogoś, kto miał dobre chęci, ale nie miał pojęcia - jest klimat demokratycznego chaosu, yuppie w pełnym rynsztunku mijają się na ulicy z hippie młodzieżą i jedni i drudzy są w tym miejscu u siebie.

Ten mix u niektórych wywołuje mieszane uczucia. Mi się podoba, jako że lubię różnorodność i mam dużą tolerancję na bałagan, ale nie brakuje Europejczyków, którzy określają co bardziej zapuszczone lokale czy miejsca słowem "syf". To ta słynna kiwuska niedbałość: jeśli coś jest zdatne do użytku praktycznego i spełnia swoją rolę, to dobrze i po co robić coś więcej. (Dobrą dokumentację zdjęciową tego niedbałego aspektu zabudowy nowozelandzkiej można znaleźć na antynowozelandzkiej stronie cashooba: http://irciaq901.republika.pl/index3.htm).

Jest jeszcze coś: dachy. Chodniki są prawie w całości zadaszone. Nie jest to jakiś jeden wielki dach tworzący galerię, tylko wspólny wysiłek właścicieli budynków, z których każdy wybudował swój kawałek dachu w trosce o klientów podczas ulew, których tu nie brakuje.

Skutek tych dachów jest taki, że choć idzie się między wysokimi, komercyjnymi wieżowcami, nie widać ich, nie górują nad człowiekiem, są zasłonięte dachami, dachy wydzielają odizolowany "parter", który jest swojski, złożony z tej mieszaniny dobrych sklepów i budek. Człowiek nie czuje się mały i przytłoczony wśród trzydziestopiętrowców, bo widzi przez większość czasu tylko parter.

To, co najbardziej różni city od city innych miast, to oczywiście ludzie, którzy się nie śpieszą i są zrelaksowani. O poranku albo o porze, gdy ludzie wychodzą z pracy, ulice się zapełniają, ale nie jest to tłum ludzi idących szybkim krokiem naprzód, z kamienną twarzą, nie widzących otoczenia, chcących tylko wydostać się i dotrzeć do celu. Oni chodzą tak, jak chodzą ludzie na deptaku miejscowości turystycznej. Trzeba zobaczyć city w Londynie czy choćby w Warszawie i city w Auckland w godzinach szczytu, żeby dostrzec rozmiar tej inności.