O
cmentarzu na Symonds
Grób Hobsona na
cmentarzu na Symonds Street jest doskonale widoczny z
ulicy, którą codziennie chodzę do pracy.
Pewnego dnia
zobaczyłam grupę młodzieży z napięciem
wpatrującą się w kolegę, który stał w wielkim
rozkroku nad płytą nagrobną Hobsona. Inni
przechodnie nie widzieli w tym nic dziwnego, ale mi
zajęło chwilę czasu zrozumienie, o co chodzi.
Młody człowiek
popisywał się siłą swoich nóg, przechodząc w
rozkroku nad nagrobkiem, mając kolana ugięte pod
kątem prostym i nogi rozstawione jak do szpagatu, a
widownia kibicowała, może czekając na swoją kolej
wzięcia udziału w konkurencji. Kiwuska zaradność
w połączeniu z brakiem szacunku dla tradycji*
znalazła zastosowanie dla nagrobku jednej z
najważniejszych postaci historycznych Nowej Zelandii
- w roli przyrządu gimnastycznego.
Na cmentarz
przychodzą czasem ludzie pograć sobie na
instrumentach, szczególnie jeden dudziarz. Wchodzą
głębiej w cmentarz i w zarośla, nie jest to
zbieranie drobnych od przechodniów ani show, po
prostu ćwiczą i grają sami dla siebie, inspirując
się scenerią i bezinteresownie dodając do niej
ścieżkę dźwiękową.
Rano ludzie
uprawiają jogging; cmentarz pełni rolę parku.
Wieczorami można zobaczyć grupki ubranych na czarno
gotów czy satanistów. Cmetarz lubi też jeden
chwiejący się narkoman, zawsze ten sam, który też
lubi krążyć wokół grobu Hobsona.
Prawdziwą rolę
cmentarza na Symonds w życiu city wyjaśnił mi
lokalny nauczyciel. Ponieważ w Nowej Zelandii jest
generalnie ciepło, a pojechanie z knajpy czy
dyskoteki do domu może oznaczać godzinną jazdę,
podczas której czar pryśnie, po zapadnięciu zmroku
nieoświetlony cmentarz jest używany przez
spragnione chwili prywatności pary. Duchy muszą
mieć ubaw.
Cmentarz na Symonds
tętni życiem, wliczając w to bujną roślinność
i po ponad roku codziennej obserwacji nie przestaje
mnie to fascynować. W słoneczne dni wygląda to
tak, jakby zmarli wylegiwali się pod palmami i widok
napawa optymizmem, czego trudno byłoby się
spodziewać po cmentarzu.
Zmarli nie są
anonimowi jak ci ze współczesnych nagrobków.
Niektórzy są opisani w encyklopediach, ale i w
przypadku mniej znaczących na grobach często jest
opisane ich życie i okoliczności śmierci.
Szczególnie poruszająca jest informacja na grobie
18-letniej dziewczyny, która została zabita idąc
do kościoła, w czasie, kiedy toczyły się tu
walki. Pewnie mogła zostać w domu, ale nie
została.
Ludzie, którzy tu
leżą, przyjeżdżali tu zupełnie w ciemno. Nie
mieli żadnych zdjęć, Internetu, mieli niewiele
informacji. Wsiadali na statek, który płynął
miesiącami, bez żadnego kontaktu z pozostawioną
rodziną; po przybyciu mogli wysłać list, który by
szedł miesiącami i miesiącami czekać na
odpowiedź. A warunki były ciężkie.
Ludzie czasem mi
mówią lub piszą, że podziwiają odwagę przyjazdu
do Nowej Zelandii. Mam wtedy ochotę się śmiać.
Spędzenie doby w samolocie nie należy do
przyjemności, a znalezienie swojej drogi w nowej
kulturze, na nowym rynku pracy i w inaczej
zorganizowanej codzienności było momentami
stresujące, ale czasy, gdy przyjechanie do NZ było
świadectwem odwagi, dawno minęły i jedną z
rzeczy, jakie po nich pozostały, jest cmentarz na
Symonds Street.
Zdjęcia z cmentarza
-----
Przypis
(*) W książce o
mentalności i tożsamości kiwuskiej, którą
dostalam w ramach kursu Kiwi Ora, autor opisuje
uczestniczenie z kolegą w jakiejś ceremonii na
Oksfordzie, gdzie prowadzący dostojnik uniwersytecki
wygłaszał przemówienie po łacinie. Kolega autora
krzyczał: "Come on, Wally! Say it in English,
Wally!" ("Dawaj, Wally! Powiedz to po
angielsku, Wally!"). Autor pisze, że kolega nie
poniósł żadnych konsekwencji, ponieważ dla
sztywnych Brytyjczyków było to zachowanie tak
niewyobrażalne i nie przewidziane, że wszyscy
woleli zapomnieć o tym i udawać, że nigdy się to
nie wydarzyło, niż musieć się skonfrontować z
tym, że to się wydarzyło.