Emocje wokół emigracji
Mamy do czynienia z falą
emigracji z Polski, a właściwie jej początkiem, bo
sporo osób znających języki inne niż angielski
czeka na możliwość wyjazdu do krajów UE, które
dopiero otworzą swój rynek pracy do Polaków.
Jednak sama emigracja brytyjska wystarczyła, żeby
wzbudzić potężne emocje u tych, którzy wyjechali
i u tych, którzy zostali.
Wśród tych, którzy
wyjechali, często spotyka się wielkie
rozgoryczenie. Czują, że emigracja nie była ich
wyborem, tylko przymusem ekonomicznym, a za ten
przymus winią rządzących czy też Polskę jako
taką. Dodatkowym źródłem rozgoryczenia jest
doświadczenie różnicy w poziomie życia i w
jakości stosunków międzyludzkich. Doświadczenie
"normalności", czyli możliwości
utrzymania się na godnym poziomie z prostej,
niewykwalifikowanej pracy i bycia traktowanym z
szacunkiem uświadamia dotkliwie, jak
"nienormalnie" było w Polsce. Skwapliwie
korzystają z okazji, żeby wyrazić ten żal i
niechęć do kraju.
Spora grupa osób czuje się
dumna - wiele przeszli, wyjazd i początki były
trudne, ale udało im się przetrwać i
"poradzić sobie". Nowa sytuacja wymagała
od nich często więcej zaradności i odporności
niż to, z czym się musieli zmierzyć w Polsce,
więc czują się lepsi od tych, którzy nie przeszli
takiego "chrztu bojowego".
Wśród tych, którzy
zostali, na opis zasługuje szczególnie grupa chyba
najbardziej rozemocjonowana: odczuwających niechęć
lub pogardę wobec emigrantów, a nawet ich
potępiających. Deklarowane uzasadnienia tych emocji
należą zwykle do którejś z poniższych kategorii:
- "wyjechali
nieudacznicy, którzy nie mogli znaleźć pracy w
Polsce". Do kształtowania takiej opinii
przyczynia się prasa, która znacznie częściej
opisuje bezdomnych Polaków na Victorii lub
wyzyskiwanych za granicą pracowników, niż całkiem
licznych Polaków pracujących w zawodzie zgodnym ze
swoim wykształceniem, na stanowiskach kierowniczych,
w prestiżowych firmach. Argumenty przeczące tej
tezie są dość mocne: "przeżycie" w
nowym kraju wymaga sporej dozy zaradności,
bezrobocie w Polsce nie obniżyło się drastycznie,
a niemożność znalezienia pracy w małym miasteczku
o 40%-owym bezrobociu trudno zakwalifikować jako
ciężki przypadek nieudacznictwa.
- "ci, którzy
wyjechali, to szczury uciekające z tonącego
okrętu", w mocniejszej, skrajnie prawicowej
wersji - zdrajcy. Wyznawcy tej tezy zgadzają się z
emigrantami co do oceny sytuacji w Polsce, uważają
jednak, że do pozostania i zmierzenia się z tą
sytuacją powinien motywować patriotyzm.
- "emigranci tracą
godność w pogoni za pieniędzmi, wykonując
poniżające prace - należy im (z pozycji
wyższości) współczuć". Ta teza wynika
także z wiary w mit "doktora na zmywaku",
jej wyznawcy za "poniżające" uważają
niejednokrotnie po prostu pracowanie dla ludzi ras o
ciemniejszym kolorze skóry (Hindusów, Arabów),
którzy będąc właścicielami licznych sklepików i
lokali w UK często są pracodawcami polskich
emigrantów. Styl życia niektórych emigrantów (w
przeludnionym mieszkaniu, ze skrajnym oszczędzaniem
na jedzeniu, bez włączania się w życie
kulturalne) może uzasadniać zarzut skrajnego
materializmu, choć dla większości osób jest to
tylko etap przejściowy i inwestycja w przyszłość,
na której rozpoczęcie zbiera się w ten sposób
środki. Zarzut utraty godności jest też
uzasadniany przekonaniem, że Polak za granicą -
czegokolwiek by nie osiągnął - zawsze będzie tym
gorszym, obcym i że pozostanie mu "rana w
duszy", na którą się godzi dla pieniędzy,
podobnie jak w przypadku prostytucji.
Ten zestaw negatywnych
emocji wobec emigrantów jest o tyle ciekawy, że
jest wyjątkowy. W krajach, w których sytuacja jest
zdecydowanie beznadziejna (jak np. Nigeria i
niektóre inne kraje afrykańskie) emigrantów się w
pełni rozumie, podziwia, zazdrości im. W krajach, w
których sytuacja jest dobra, jak Niemcy (mimo swoich
problemów mające jeden z najwyższych poziomów
życia na świecie) wyjeżdżanie jest traktowane
jako coś normalnego, decyzja życiowa na miarę
przeprowadzki do innego miasta, podjęta zapewne z
jakichś wystarczających powodów. W krajach
znajdujących się pośrodku - rozwijających się i
z dobrymi perspektywami na za ileś lat, ale obecnie
nie mogących wiele zaoferować niektórym ludziom,
jak Chiny, emocje wobec wyjeżdżających nie
przybierają takiej intensywności (choć ten pogląd
może być błędny, bo oparty na opiniach zaledwie
kilku mieszkających tam osób).
Wśród tych, którzy
pozostali, zdarza się też druga skrajność:
wielkie poparcie dla emigrantów i zachęcanie do
wyjazdu kolejnych. Robią to osoby, które bądź
same mają już wykupiony bilet lub planują wyjazd,
bądź nie mogące wyjechać z powodu wieku czy
zobowiązań rodzinnych, ale rozumiejące i
popierające taką decyzję u tych, którzy mogą.
Motywem ich poparcia nie jest raczej pragnienie dobra
dla emigrantów, tylko - do czego się sami ochoczo
przyznają - Schadenfreude związane z sytuacją w
Polsce, nadzieja, że emigracja tę sytuację
pogorszy i "zaboli" najbardziej
nielubianych: polityków, nie szanujących pracownika
pracodawców, fiskusa i w ogóle Polskę, tę, do
której mają wspomniany na początku żal.
Emigracja jest widziana w Polsce jako dramatyczny
wybór, a nie - jak w krajach bardziej rozwiniętych
- normalne w czasach globalizacji swobodne wybranie
najlepszego dla siebie miejsca na ziemi. Wiele osób
odżegnuje się od bycia emigrantem i słowo to jest
rozumiane jako ktoś, kto wyjechał na całe życie,
a nie - wedle międzynarodowej przyjętej definicji -
ktoś, kto sie w obcym kraju osiedlił tak, że ma
tam obecnie (używając terminologii polskich
urzędów skarbowych) centrum interesów życiowych.