Pierwsza wizyta w knajpie
połączona z lekcją kiwuskiego
Byliśmy pierwszy raz w tutejszej prawdziwej
knajpie. Tak, dopiero po dwóch miesiącach -
wcześniej oszczędzaliśmy.
Wybraliśmy "occidental bar" w jednej z
małych bocznych uliczek Queen Street, a zachęcił
nas stojący przed wejściem w charakterze bramkarza
Otello. Tak przystojnego mężczyzny koloru kawy z
mlekiem jeszcze nie widzieliśmy i umiejscowiliśmy
się w takim miejscu, żeby móc sobie na niego
popatrzeć. Bywają brzydcy Maorysi, zwłaszcza ci,
którzy się roztyli (powszechny problem w tej grupie
narodowościowej) ale jak Maorys jest ładny, to jest
bardzo ładny. Poza pilnowaniem porządku, jego
głównym zadaniem było sprawdzanie ID ludzi,
którzy wyglądali na poniżej 25 lat. Nie
słyszałam treści rozmów, ale wyglądało na to,
że poniżej 25 lat trzeba było po prostu
sympatycznie ponegocjować.
Baliśmy się, że z knajpami będzie tu źle, bo
straszono nas, że poziom nie sięga europejskiego,
że obsługa zła i wszędzie rugby. To prawda, że
ciężko było znaleźć knajpę bez meczu, ale da
się. Obsługa okazała się dobra - to znaczy:
normalna wedle kryteriów europejskich, które są
bardziej wymagające niż kryteria polskie, dobra
była też grana na żywo muzyka (w olbrzymiej
ilości knajp grają tu nawet w nie-weekendowe dni
muzykę na żywo), a cały pub był dostatecznie
konserwatywny, żeby dać nam poczucie komfortu.
Stella Artois (belgijskie piwo) 6,50$ za 0,33 l.
I załapaliśmy się na darmową lekcję
kiwuskiego od prawdziwego kiwi-farmera hodowcy
pomidorów, który się do nas przysiadł. Hoduje
pomidory - z dumą pokazał nam zgrubienia na swoich
dłoniach (praca fizyczna jest w tym kraju powodem do
dumy). Kojarzył Polskę. Kojarzył, że Polska nie
lubi Rosji za dawne czasy, a my go zapewniliśmy, że
my lubimy Rosję. Opowiedział nam o tutejszych
Rosjanach, że robią sami przetwory na zimę i że
są bardzo self-sufficient, co było grzecznie
wyrażoną opinią, że nie korzystają z masy
dostępnych udogodnień woląc wszystko robić sami z
podstawowych surowców. Koniecznie chciał się
posiłować z A. na rękę. Postawił nam piwo.
Opowiedział, że zna Litwinów. (Litwini się
rozjeżdżają po świecie nie gorzej niż Polacy i
można ich spotkać w najbardziej nieoczekiwanych
miejscach).
Całe spotkanie było miłe, ale rozumienie
kiwuskiej mowy wśród gwaru knajpy i grającej
niedaleko nas muzyki było największym wyzwaniem
lingwistycznym naszego życia. Oczywiście on nas
rozumiał bez problemu, bo Kiwi rozumieją angielski
z akcentem zbliżonym do brytyjskiego - tylko my nie
rozumieliśmy jego i prosiliśmy po pięć razy,
żeby powtórzył swoją kwestię.
Boczne wąskie uliczki Queen Street bez ruchu
samochodowego jeszcze w miarę przypominają
europejski zakątek knajpiany; ulica jest zajęta
ogródkami piwnymi. Knajpy na wielkich ulicach takich
jak Queen czy Karangahape mają klimat poważnie
upośledzony bliskością ulicy o dużym natężeniu
ruchu samochodowego - zwłaszcza, że przy tutejszej
pogodzie i zakazie palenia wewnątrz knajp spora
część życia knajpianego toczy się na zewnątrz,
w ogródku piwnym. Właściciele troszczą się o to,
żeby ludność w ogródku nie była pozbawiona
muzyki i jak się idzie wieczorem niektórymi
odcinkami tych ulic, to się po prostu przechodzi
między różnymi rodzajami muzyki, a o późniejszej
porze - także tańczącymi na ulicach, czyli w
przestrzeni ogródkowej, ludźmi.
Widziałam śmieciarkę jadącą po Queen w taki
rozrywkowy wieczór. Śmieciarze zeskakiwali z auta,
brali kubeł, wyrzucali do środka i dalej jechali
uchwyceni z tyłu śmieciarki. Normalny widok, gdyby
nie to, że oni na tej małej przestrzeni
podskakiwali i tańczyli do rytmu muzyki z knajpy,
koło której właśnie przejeżdżali. Pierwszy raz
w życiu zobaczyłam śmieciarzy bawiących się
dobrze w trakcie pracy.
(kwiecień 2006)