Nowa Zelandia - go w
Auckland
Gram w go i
chodzę do tutejszych klubów. Ten artykuł jest w
zasadzie dla goistów i nie zamierzam w nim
tłumaczyć używanej terminologii tym, którzy nie
są z nią obeznani.
Scena goistyczna składa
się tu głównie z imigrantów. Na niedawnych
Auckland Champs wśród 14 danów był 1 Kiwi. Trudno
się dziwić zważywszy na dużą imigrację z
Japonii i Korei, krajów bardzo mocnych w tej grze i
mających długie tradycje z nią związane.
Przybysze zawyżają poziom: w Auckland Go Club jest
więcej danów niż kyu.
Chodzę do Auckland Go Club
i University Go Club, czyli klubu uniwersyteckiego.
Są jeszcze szkolne kluby go w szkołach średnich,
ale tych nie widziałam. Zacznę od klubu
uniwersyteckiego, który jest w zasadzie
nieformalnymi spotkaniami ludzi z Computer Science
oraz innych kierunków ścisłych.
Spotkania odbywają się we
wtorkowe popołudnia w tzw. Clubspace. Jest to wielka
uniwersytecka świetlica dostępna dla wszystkich
studentów czy też każdego, kto przyjdzie, bo
legitymacji nikt nie sprawdza. Klub go, jako
nieoficjalny, nie wynajmuje jej sobie - po prostu z
niej korzysta.
Świetlica ma TV, wiele
dość wygodnych kanap, stoły, automaty do kupowania
jedzenia, tablice ogłoszeniowe - w typowy dzień
ludzie tam siedzą i się uczą, siedzą w grupach i
rozmawiają, konsumują przyniesione z baru jedzenie,
pary się obściskują na kanapach. Tak samo wygląda
to wtedy, gdy spotyka się klub go, który znajduje
kilka wolnych stolików, zestawia je ze sobą i
zaczyna grać nie zważając na dźwięki
dobiegające z otoczenia. Ponieważ klub jest dość
duży, czasami potrafi zabarykadować część sali
tak, że chcący przejść muszą przechodzić po
kanapach, na których siedzimy.
Nie ma żadnej aktywności
formalnej typu wykład czy książka do zapisywania
gier i ich wyników. Ludzie siedzą i grają, kto z
kim chce, kto nie chce, patrzy. Kto chce się coś
zapytać i zanalizować jakąś pozycję czy zagraną
grę, idzie z tym do kogoś silniejszego, kto akurat
nie gra i nie odmawia się czegoś takiego.
Większość ludzi ma 10-5k.
Otwartość spotkań jest
dobra propagandowo, bo nie sposób nie zauważyć
tych kilku czy kilkunastu gobanów. Jeśli ktoś
jeszcze się nie natknął na klub go, a kojarzy
grę, to gdy znajdzie się w świetlicy i widzi tylu
graczy, podchodzi i pyta: "O, gracie w
go?". Natychmiast jest wciągany do gry z kimś
i w dalszej perspektywie do klubu, jak byłam tego
świadkiem.
Klub Auckland jest za to klubem poważnym i
oficjalnym. Spotyka się w środę wieczorem w domu w
dość dobrej dzielnicy Mount Eden, przerobionym na
klub i udostępnianym różnym grupom grającym w
różne gry.
To w tym klubie dany stanowią większość.
Wszystkie turnieje pokazują, że najsilniejsi gracze
Nowej Zelandii mieszkają w Auckland i Auckland
zazwyczaj zajmuje kilka pierwszych miejsc w
turniejach narodowych. Nie wszyscy z tych najlepszych
graczy przychodzą do klubu, niektórzy się
rozwijają samodzielnie, niektórzy wpadają tylko
czasami.
Co może zaskoczyć kogoś z Polski czy w ogóle z
Europy - nie przywiązuje się wagi do etykiety
goistycznej. Dziękowanie sobie za grę to jedyne, co
się powszechnie praktykuje, nie ma kłaniania się
sobie na wzór japoński, życzenia sobie miłej gry,
bawienie się kamieniem czy kilkoma w czasie
zastanawiania się nad ruchem nikogo nie razi,
podobnie jak prowadzenie konwersacji z osobą
trzecią w czasie gry. Nie ma zdarzającej się w
niektórych klubach europejskich japonofilii, choć
Japończycy są. Języki azjatyckie słychać
najczęściej wtedy, gdy pewien dan głośno klnie w
swoim języku podczas gry po bolesnym dla niego ruchu
przeciwnika.
Niektórzy walą kamieniami o planszę z wielką
siłą i stojąc pod drzwiami można by czasem
pomyśleć, że to zajęcia stolarstwa, a nie klub
go. Kiedy jeszcze jest deszcz, jeden z tych ulewnych
nowozelandzkich, walących mocno w dach i szyby - a
domek jest tak akustyczny pod tym względem, że
deszcz potrafi zagłuszać słowa - to można
usłyszeć motyw występujący w poezji japońskiej
"dźwięk kamieni uderzających w goban przy
wtórze dźwięku spadających kropli deszczu".
Kombinacja ta ma działanie podobne do szamańskich
bębnów: potrafi wprowadzić w trans.
Jedynym świadectwem oficjalności klubu jest
podniszczony zeszyt, do którego silniejsi gracze
wpisują wyniki rozegranych między sobą partii.
Poza tym panuje kiwuskie zamiłowanie do luzu i
nieoficjalności. Ludzie ze sobą grają. Dan może
podejść do słabszych graczy i zapytać, czy chcą,
żeby im skomentował rozegraną przez nich właśnie
grę. Można podejść do kogoś i poprosić o
analizę jakiejś sytuacji czy grę szkoleniową.
Wielość używanych w klubie języków daje
możliwość komentowania na żywo gry przez
grającego w nią dana w języku, którego nie zna
przeciwnik siedzącemu obok rodakowi kyu lub komuś
znającemu dany język. Tak właśnie wygląda
nauczanie - luźne, niesformalizowane, indywidualne;
nie ma wykładów czy innych formalnych zbiorowych
nauczań. Mimo reklamowanego "wieczora dla
początkujących" raz w miesiącu, ten klub ma
po prostu za wysoki średni poziom, żeby być
przyjaznym dla tych zupełnie początkujących, a
nawet niektórzy z klubu uniwersyteckiego nie chodzą
tam, bo - jak mówią - czują się zakłopotani
wśród tych wszystkich danów lub powątpiewają w
wartość grania gier na bardzo dużych handicapach.
(Kamienie handicapowe się rozkłada tu po
nowozelandzku, czyli jak się chce. Rozłożenie ich
w tradycyjnych punktach powoduje czasem wręcz
protest - za nudno! Dziewięć nie jest maksymalną
liczbą kamieni handicapowych i gry, w których ktoś
dobry rozwala kogoś, kto rozłożył na planszy 10
lub 11 kamieni w sposób swobodny, opanowując
właściwie rogi i brzegi, należą do najbardziej
widowiskowych.)
(Uaktualnienie czerwiec 2007: praca obecnie nie
pozwala mi bywać w tych miejscach, więc jeśli
ktoś się wybiera tam z zamiarem spotkania mnie, to
się raczej zawiedzie, oczywiście polecam oba kluby
wszystkim graczom.)