Jesień
Nadeszła jesień. Nadal
jest ciepło; nie mamy w domu termometru, ale wedle
serwisów pogodowych dziś po południu (druga
połowa kwietnia) było 21 stopni. Słońce potrafi w
ciągu dnia przygrzać tak, że po dwudziestu
minutach na balkonie lekko zmieniam kolor.
Podstawową cechą tutejszej
jesieni są deszcze i są to deszcze, jakich jeszcze
nie widziałam, choć byłam i w deszczowym Londynie,
i w górach, gdzie potrafi lunąć.
To są takie deszcze, jakby
ktoś z wściekłością rzucał o ziemię tymi
kroplami wody. Biją jak grad, choć nie są
zamarznięte; są to bardzo duże krople wody i
bardzo gęste.
Ulice i chodniki CBD są
nierówne, ponieważ CBD leży nad morzem i teren
się w naturalny sposób obniża w stronę morza.
Podczas silnego deszczu tworzą się strumienie wody.
Gdy taki deszcz mnie zaskoczył na ulicy, szłam do
domu po Symonds Street po kostki pod prąd potoku, w
który ta ulica się nagle zamieniła i żałowałam,
że nie jestem - tak jak niektórzy - boso.
Wiatr przynosi nam na balkon
nasiona, a deszcz je podlewa. Na balkonie są kąty i
szpary, gdzie znalazło się trochę ziemi i
zaczynają z nich wyrastać małe roślinki, które
uczepiły się takiego minimalnego kawałka
podłoża. Kibicuję im, ale zwykle giną, bo jednak
im za ciasno.
Wiatr przynosi nam także
owady, jakieś zielone żuki wielkości paznokcia i
inne dziwactwa. Jak postawię podczas słońca kubek
na ziemi, to one będąc na drugim końcu balkonu
widzą, że tam jest cień i idą do tego cienia. Nie
wiem, co z nimi robić, bo nie mam pojęcia, czy
przeżyją upadek z 12 piętra. Znikają i trupów
nie widać, więc przypuszczam, że wiatr je zamiata
i niesie w jakieś nowe miejsce. Są ciekawe świata,
obmacują każdą nową teksturę, zanim na nią
wejdą i odkrywają na naszym balkonie i na nas wiele
nowych rodzajów powierzchni.