Nowa Zelandia - o kiwi
Kiwi to po pierwsze ptak
kiwi. W środowisku naturalnym trudno go zobaczyć.
Wymiera zjadany przez obce gatunki sprowadzone na
wyspę przez przyjezdnych. W zoo w Auckland, w
osobnym pawilonie, podpisanym przez sponsorujące
ptaka kiwi szacowne instytucje, można go zobaczyć.
Wchodzi się w ciemność; kiwi prowadzi nocne
życie. Za szybą, w nikłym czerwonym oświetleniu,
widać ptaki kiwi, nieświadome obecności
obserwujących je ludzi, odseparowane
dźwiękoszczelnym szkłem. Ciemność i cisza
nadają pawilonowi charakter niemal świątynny i
większość zwiedzających obserwuje ptaka kiwi w
milczącym skupieniu.
Kiwi to także owoc, który
rośnie tutaj.
Ale Kiwi to przede wszystkim
mieszkaniec Nowej Zelandii, ten, który już
"skiwiał". Podstawowa różnica między
byciem emigrantem w Europie a tutaj polega na tym,
że w UK czy Niemczech i po dziesięciu latach nie
będziesz Brytyjczykiem czy Niemcem - nie mówię o
narodowości ani obywatelstwie, ale o byciu uważanym
za "tutejszego". W Nowej Zelandii od
momentu, gdy przybywasz z zamiarem dłuższego
pobytu, jesteś - i to nawet oficjalnie, przez
władze - określany jako New Kiwi, a po jakimś
czasie awansujesz na Kiwi. Wszyscy są tu imigrantami
i wszyscy po jakimś czasie łapią kiwitangę, czyli
stan bycia Kiwi.
Uzupełnienie w
odpowiedzi na zarzut z Guestbooka: oczywiście, że
będą cię zawsze pytać, skąd jesteś. Są tu
polscy kiwi, austriaccy kiwi, holenderscy kiwi
mnóstwo innych odmian kiwi. Nie chodzi o wypieranie
się swojego pochodzenia - zresztą nie cenię ludzi,
którzy to robią - ale o podejście "mieszkasz
tu na stałe i załapałeś styl, toś kiwi".
Mam porównanie z Niemcami/Wielką Brytanią, gdzie
nie tylko nie ma sympatycznego określenia
łączącego tubylców i imigrantów różnych
narodowości powiązanych miejscem przebywania, ale i
po wielu latach dalej jest się obcym.
Podstawową cechą jest
bycie wyluzowanym. Kiwi są tak wyluzowani, że
nie-Kiwusów potrafi to zdenerwować i to nie tylko
spiętych Polaków, ale i Amerykanów. Jak jest
problem, to Kiwi wygląda na nie przejmującego się
i mówi, że będzie dobrze, co obcy mogą uznać za
olewanie i brak zaangażowania. Tyle, że wychodzi na
to, że rzeczywiście będzie dobrze. Moje
doświadczenia z tym są jak na razie niewielkie i
jest to na podstawie opisów Kiwi od tych, którzy
mają większe doświadczenie, ale wygląda na to,
że jest to prawda.
Kiwi mają swój dialekt i
jest on okropny. Nie dość, że mówią znacznie
szybciej niż Brytyjczycy czy Amerykanie, to inaczej
wymawiają samogłoski. "e" wymawiają we
wszystkich przypadkach jak "i" i na
przykład "pen" mówi się tutaj
"pin". "Pin" mówi się z kolei
tak, jakby Anglik wymówił słowo "pun".
"Ee", które w angielskim wymawia się
zazwyczaj jak długie "i", Kiwi wymawiają
często jako "e".
Jak mieszkałam w pierwszym
miesiącu w Glendene i mówiłam tę nazwę kierowcy
autobusu, to nie mogłam jej wymówić tak, żeby
zrozumiał, o co chodzi. Kiwi-dialekt wywołał u
mnie doła, poczułam się jak w kraju, którego
języka nie znam, mimo że znam.
Kiwi ubierają się luźno i
poza takimi zawodami jak prawnicy czy bankowcy można
znaleźć osobę o wysokiej pozycji zawodowej w
miejscu pracy ubraną jak na wakacjach na wsi - A.
widział na uniwerku bosych profesorów w spodniach
na szelkach i w kapeluszach. Chodzenie boso w ogóle
jest popularne, może nie w City, ale już na
pół-wiejskich przedmieściach w knajpie czy na
poczcie można bez trudu zobaczyć ludzi, którzy
przyszli boso i to nie dlatego, że nie mają butów,
ale dlatego, że tak jest wygodnie. Poza City,
stylizowanie się na wieśniaka jest modne. Kiwi są
wieśniakami i są z tego dumni, a intelektualiści
są tu w zdecydowanie mniejszym poważaniu niż w
Europie.
Kiwi są bardzo serdeczni i
wszelkie kontakty w sklepie, z kierowcą autobusu
(któremu wysiadając mówi się "thank you,
driver", co ludzie wysiadający tylnymi drzwiami
wrzeszczą czasem przez cały autobus) czy z
usługodawcami są pełne serdeczności, którą
Europejczyk nawet obyty ze standardem obsługi
klienta w krajach słynących z niej uzna na
początku za przesadną. Pożegnanie w sklepie to
"have a lovely day/evening", a poza tym
ludzie mówią tu tonem na tyle zadowolonym i
szczęśliwym, że przy pierwszym kontakcie
zastanawiałam się, czy moi rozmówcy nie wypalili
przed chwilą jointa. Celują w tym imigranci z wysp
Pacyfiku.