Główna

Zdjęcia

Teksty

Poradnik

Guestbook

 
 

 

 

Coś o mentalności

Moje pierwsze zetknięcie się z Kiwi było w Londynie, a było to tak:

Mieszkaliśmy razem w domu przerobionym na prywatne schronisko młodzieżowe: po jednym reprezentancie miały Polska, Niemcy, Hiszpania, Izrael, Litwa, Włochy, Wielka Brytania, Nowa Zelandia i nie pamiętam kto jeszcze. W takiej sytuacji się nie zapamiętuje imion, jest się German guy albo Spanish girl.

Żyliśmy w zgodzie i bez zbędnego przeintelektualizowania, aż pewnego wieczoru (nie byliśmy nawet szczególnie pijani) ktoś palnął, że nie lubi kogoś drugiego za narodowość i wyjaśnił pozostałym, jakie wydarzenia historyczne budzą tę niechęć.

Wtedy każdy po kolei zaczął mówić, kogo z obecnych narodów (i z nieobecnych) nie lubi jego naród i za co. Nie ośmielę się tego cytować. Po długich wyjaśnieniach i uświadamianiu historycznym tych, którzy nie byli dostatecznie uświadomieni każdy albo przeprosił, albo uznał definitywnie, że nie ma za co i że nie przeprosi (Polska i Litwa debatowały najdłużej, bo choć Polska przeprosiła za marginalizację Księcia Witolda i umiejscowienie go ponizej Jagiełły na jakimś pomniku, nie chciała ustąpić w kwestii narodowości Mickiewicza).

Jedna osoba siedziała cicho i obserwując tę scenę z autentycznym przerażeniem: Kiwi girl, czyli Nowozelandka.

"Powinniście sie wszyscy pozabijać!" stwierdziła i obawa w jej głosie zabrzmiała tak autentycznie, że wszyscy spojrzeli zdziwieni. Nasze spojrzenia mówiły: "Czy nie rozumiesz, że świetnie się bawimy? Co za interesujący wieczór!" Ale Kiwi girl miała naprawdę zepsute samopoczucie, choć debata odbyła się z kulturą, bez nieprzyzwoitych słów ani rękoczynów. Czuła się rzeczywiście źle wśród ludzi kłócących się o wydarzenia z przeszłości, w których nie brali udziału.

Popatrzyłam na nią i pomyślałam dwie rzeczy naraz. Te dwie rzeczy to były : "[cenzura] dokąd ja jadę!" i "[cenzura] skąd ja wyjeżdżam!". Nie wiedziałam, czym się powinnam bardziej przestraszyć ("No i widzisz, to jest właśnie ta wspólna Europa - powiedział później A.")

Na różnice kulturowe najlepsza jest rozmowa, taka z waleniem prosto z mostu, więc gdy rodowita Kiwuska robiła mi tipsy i zapytała, skąd jestem i czy mi się podoba w Nowej Zelandii, powiedziałam, że jest trochę szoku kulturowego.

- Co na przykład? - zapytała.

- Ludzie są tacy uśmiechnięci i ciepli. W Polsce ludzie nie uśmiechają się tyle. Ktoś, kto cały czas się śmieje i okazuje entuzjazm i ciepło, może zostać uznany za głupiego, lekkomyślnego... kogoś, kto nie traktuje poważnie rozmówcy. Czasem myślę "jaka ja jestem spięta na ich tle, co oni sobie pomyślą?".

A Kiwuska mówi:

- O rany, jakby do mnie nikt się nie uśmiechał - i po jej twarzy przemknął wyraz prawdziwej zgrozy - jak ja bym się zastanawiała, co jest ze mną nie tak i za co mnie nienawidzą.

- Ale - ciągnę, zastanawiając się, czy jej nie obrażę, ale mam tę przewagę, że jestem klientką, więc i tak nie będzie mogła być niemiła - jednocześnie ludzie tu nie rozmawiają o poważnych rzeczach. W Polsce ludzie lubią długo i dogłębnie rozmawiać o poważnych rzeczach. Dyskutować o wydarzeniach, polityce, religii, sensie życia, sprawach osobistych. Naprawdę się dzielą tym, co myślą, nawet mało znające się osoby. Tu się rozmawia o tym, jak kto ogrzewa dom, o rugby... o neutralnych rzeczach, które nie pokazują, jakim jesteś człowiekiem.

Kiwuska się trochę zastanowiła.

- Czasem czytam albo widzę w telewizji, co się dzieje na świecie i naprawdę współczuję tym wszystkim ludziom, ale wiesz, ja tego tak naprawdę nie rozumiem. Nigdy nie byłam blisko czegoś, co by się działo. To są rzeczy z innego świata. Nie umiem ich widzieć jako coś prawdziwego. Jakbyś chciała ze mną o tym rozmawiać, to nie powiem ci mojej opinii, ale nie dlatego, że nie chcę się nią podzielić, ale po prostu nie mam opinii. Jak mogę mieć opinię na temat czegoś, czego nie rozumiem? A na temat ogrzewania domu mam prawdziwą opinię.

"I dzielę się tym, co mam prawdziwego", dokończyłam w myślach, bo ona już tego nie powiedziała. Zaczęłam rozumieć i dało mi to ulgę, ale jednocześnie przerażała mnie myśl o mnie lub moich ewentualnie wychowanych tu dzieciach, które ogrzewanie domu będą uważać za ważniejszy temat niż wszystkie wojny świata. A jednocześnie pomyślałam, że może to są niewyobrażalnie szczęśliwi ludzie.