Główna

Zdjęcia

Teksty

Poradnik

Guestbook

 
 

 

 

Nowa Zelandia - jak mieszkamy (i jak mieszkaliśmy)

Obecnie mieszkamy w Auckland w małym domku szeregowym w dzielnicy Balmoral, który kupiliśmy nieco ponad półtora roku po przyjeździe, gdy już byliśmy pewni, że się nam tu podoba.

Jest cichutko, ptaki śpiewają, koty biegają po płotach i jest to wiejska sielanka w mieście; jeśli chodzi o minusy, to mamy dwa utrapienia, przed którymi nie da się uciec żyjąc w Nowej Zelandii: wilgoć i ogrzewanie. Jeśli chodzi o wilgoć, to wspomniane odgłosy przyrody są uzupełniane brzęczeniem nieustannie włączonego odwilżacza, z którego wylewamy litry wody dziennie. Wszelką wilgoć na oknach i innych powierzchniach trzeba od razu histerycznie wytrzeć. Grzejemy się piecykiem gazowym (domy tu są budowane bez centralnego ogrzewania, a Kiwi mają dużą odporność na zimno), co zaparowuje okna, które trzeba, jak wspomniałam, histerycznie wytrzeć. Ale do tego można się przyzwyczaić.

Dzielnice, czy też suburbia, mają lepszy wybór sklepów i usług niż centrum miasta - przynajmniej niektóre. Mieszkając w city, jak mieszkaliśmy przedtem, narzekałam, że wszystko zamyka się o piątej, a dobrych knajp jest niedobór. Okazuje się, że to na osiedlach, do których ludzie wracają z pracy późnym popołudniem, toczy się wieczorne życie. Jeśli wybierasz miejsce zamieszkania, czy to wynajmując, czy kupując, to radzę dokładnie obejrzeć, jaki zestaw sklepów i punktów usługowych jest w pobliżu, bo z nich będziesz korzystać - wszystkie inne będą za daleko. Osiedle wybiera się między innymi właśnie wedle tego, czy lokalne małe biznesy zaspokajają twoje potrzeby i gusta i powoduje to wspomnianą w innym artykule daleko posuniętą segmentację - ludzie o podobnych upodobaniach i potrzebach mieszkają w tych samych miejscach.

Mamy też życie sąsiedzkie. Nasi sąsiedzi, sami Kiwi, zaprosili nas na zbiorczą imprezę zapoznawczą krótko po tym, jak sie wprowadziliśmy i przyjęli nas bardzo ciepło. W osiedlowych sklepikach, gdy się już zorientują, że tu mieszkasz, możesz liczyć na pogawędkę i traktowanie jak dobrego znajomego.Osiedla to małe wioski oddzielone od reszty świata problemami transportowymi, ale poszanowanie Kiwi dla prywatności sprawia, że jeśli chcesz zachowywać dystans, nikt się za to nie obrazi.

Z perspektywy wieżowca w city Nowa Zelandia bardzo mi się podobała, ale teraz, smakując tego typowego tutejszego przedmiejskiego stylu życia, jestem zachwycona.

Poniższej znajduje się stary artykuł, który opowiada o tym, jak mieszkaliśmy przez pierwsze półtora roku pobytu - zachowuję go w nie zmienionej postaci.

------

Mieszkamy w tym: http://www.questcintra.co.nz/, na 12-stym piętrze, z widokiem na Skytower, ocean i wulkan Rangitoto z balkonu.

Jest to jeden z wielu budynków w City zbudowanych na długoterminowy wynajem. Właściwie to nie City, które jest większe, tylko jego część nazywająca się CBD, Central Business District i budynki mieszkalne są tu w mniejszości. "Apartments" - nie należy tego tłumaczyć na polski jako "apartamenty", bo są to raczej hotele studencko-pracownicze - dobrze umeblowane, ze wszystkimi drobiazgami takimi jak naczynia, żelazko, toster, ręczniki itd. - można się wprowadzić z walizką ubrań i nie trzeba kupować właściwie nic z wyposażenia. Od polskich akademików różnią się tym, że wspólna łazienka czy kuchnia są tu nie do pomyślenia i wszystko jest dźwiękoszczelne. Oglądałam kilka budynków tego typu i w niektórych z nich mieszkania to małe klitki - łóżko, szafa, mały aneks kuchenny i łazienka, przeznaczone dla ludzi, którzy spędzają całe dnie poza domem i przychodzą tylko wziąć prysznic, wyspać się i zrobić jakieś kanapki. Inne mają mieszkania przeznaczone do mieszkania, ale też mają hotelowy charakter: za dopłatą można sobie zamówić sprzątanie, jest recepcja, kamery monitorują hol, korytarze i windy. Mieszkania są tak dobrze odseparowane, że totalnie nie kojarzymy naszych sąsiadów, najwyżej komuś powie się "dzień dobry" w windzie, ale windy przyjeżdżają tak szybko, że rzadko jest się w windzie z kimś, a w środku nie ma czasu na rozmowę.

Płacimy 275$ tygodniowo, prąd i woda wliczone. Internet to 40$ na miesiąc.

Budynek ten, jak większość takich, zamieszkują głównie zagraniczni studenci, wśród których jesteśmy mniejszością etniczną. Wynajmowanie mieszkania to coś, co robią tylko studenci i ludzie, którzy przyjechali do pracy na roczny czy dwuletni kontrakt i nie wiążą swojej przyszłości z tym miejscem - kredyty są łatwo dostępne, a raty podobnej wielkości jak czynsz.

Szukanie trwało dwa dni - powiedziałam agentce wybranego na Necie biura, czego szukamy i następnego dnia pokazała nam dokładnie coś takiego.

(Jedyne, czego mi brakuje, to odpowiednia nazwa ulicy. Przyznaję się niniejszym do snobizmu adresowego, który tutaj przejawił się u mnie w chęci zaszpanowania polskich znajomych egzotyczną nazwą ulicy. W City adresy są niestety anglojęzyczne i jedyne, co się ostało, to Karangahape Rd. Poza City jest dużo ulic o takich nazwach jak Hikurangi, Kakariki itp., które pozwalają zasugerować niezorientowanej osobie, że się mieszka w jakimś dzikim miejscu. Cóż, zawsze na pytanie "gdzie jesteś" można odpowiedzieć "Aotearoa", maoryską nazwą Nowej Zelandii, a potem dodać "Oceania" i mamy pożądany szpan. :D )

Szukaliśmy mieszkania wysoko, ponieważ nisko jest hałas. Jest to kraj bardzo zmotoryzowany, a ruch w City jest duży. Jest w miarę cicho z wyjątkiem tych dni, kiedy nad oceanem szaleje wiatr 140 km/h :)

--

Blogowanie na bieżąco: http://blog.pasnik.pl