Główna

Zdjęcia

Teksty

Poradnik

Guestbook

 
 

 

Powitanie imigranta

Poszłam na Migrant Expo.

Przy drzwiach łapanka: jesteś rezydentem? a czy zarejestrowałaś się już jako wyborca? Trochę się dziwię: to jako rezydent też mogę głosować? Tak, po roku pobytu. Jestem krócej niż rok. Nie szkodzi, wypełnij formularz, napisz datę przyjazdu, po roku automatycznie zostaniesz dopisana do spisu wyborców.

Poza łapanką wyborców, na targach wystawiają się szkoły, agencje rekrutacyjne, prywatne ubezpieczenia zdrowotne (umawiam się z przedstawicielem), agencje nieruchomości i... organizacje, których celem jest zrobić imigrantowi dobrze. Podchodzę do stoiska jednej z nich i pada rytualne pytanie: czy jesteś rezydentem? Gdy odpowiadam, że tak, rozmówczyni okazuje radość.

(Mój akcent zdradza obcokrajowca, więc to rytualne pytanie padało i pada wszędzie - w banku, podczas rozmów kwalifikacyjnych... reakcje na moją odpowiedź sprawiają, że zaczynam się czuć jak jakaś uprzywilejowana kasta - rezydent jest rzeczywiście w wielu przypadkach uprzywilejowany w porównaniu do kogoś będącego na wizie studenckiej czy work permicie.)

A czy dostałaś już swoją paczkę? A masz paszport? To możesz wziąć swoją paczkę od razu.

Kobieta kopiuje moją wizę w paszporcie i stronę z danymi, sprawdza w komputerze, czy jeszcze nie wzięłam paczki, każe wypełnić krótką ankietę i przynosi z zaplecza dużą i ciężką paczkę. Zostawiłam ją u nich i wzięłam wychodząc z targów, a potem jakoś dowlokłam do domu.

Po otwarciu byłam w pozytywnym szoku. Pięknie wydany atlas Nowej Zelandii, gruby, ze wszystkim, co powinno być w atlasie - od geologii i klimatu po transport, gospodarkę i społeczeństwo. Książka z różnymi danymi dotyczącymi NZ. Kodeks drogowy. Przewodnik po wynajmowaniu i kupowaniu mieszkań w NZ. Przewodnik po szukaniu pracy z mnóstwem pożytecznych adresów. Przewodnik po finansach i bankowości. Profesjonalny film szkoleniowy o NZ na CD i kasecie video. I... książka o asertywności. Uśmiałam się z tego, ale to dobry pomysł. Imigranci ze społeczeństw, w których do funkcjonowania potrzebny jest mniejszy poziom asertywności, mają tu ciężko na początku.

Poza atlasem, odłożyłam większość tego na półkę na "kiedy będzie potrzebne". Po dwóch tygodniach dzwoni do mnie ktoś od nich. Uprzejma Chorwatka (czy specjalnie wyszukali dla mnie kogoś ze Wschodniej Europy?) mówi, że jest moim doradcą w programie Kiwi Ora i że ich celem jest udzielić mi pomocy w osiedleniu się i integracji. Pomoc to informacje, wsparcie psychiczne, spotkania i trzy kolejne paczki takie jak ta pierwsza, pod warunkiem, że wypełnię zeszyt z ćwiczeniami udowadaniając, że przeczytałam i przyswoiłam materiał zawarty w poprzedniej paczce. A paczki będą coraz fajniejsze! Powstrzymałam się od zapytania, czy w ostatniej będzie żywe kiwi.

Pyta mnie o staż w NZ. 4 miesiące - jej się to wydaje strasznie krótko, ona tu jest od 10 lat. Gdy słyszy, że oboje pracujemy i jesteśmy ogólnie zadowoleni, mówi, że to bardzo dobry start. Jak chcę pogadać o frustracjach związanych z szokami kulturowymi, nie rozumieniem, o co w czymś chodzi, to mam śmiało do niej dzwonić lub pisać maila.

Mówi mi oficjalnie: "Welcome to New Zealand!".

Do domu przychodzi na spotkanie agent ubezpieczeniowy, u którego kupujemy ubezpieczenie zdrowotne. Po uprzednim zapoznaniu się z informacjami o służbie zdrowia w NZ nie mamy wątpliwości, że jest nam potrzebne. Agent, Hindus, nie musi mnie szczególnie namawiać, z firm w jego ofercie wybieramy najbardziej nam pasującą. On też jest imigrantem, zawód agenta wykonuje od ponad dwudziestu lat, był agentem m.in. w USA i w Emiratach Arabskich, ale teraz przyjechał tu i tu zamierza zostać. Widzi u mnie paczkę Kiwi Ora i mówi, że nie są jedyni. Poleca Lifeworks, którzy tez dają dobrą paczkę za darmo.

I mogę wziąć tamtą, jak już wzięłam tę? Oczywiście - odpowiada.

Kto za to płaci? - pytam. On w odpowiedzi pyta, ile mnie kosztował proces imigracyjny, opłata za złożenie aplikacji i migrant levy. Przypominam sobie te koszty i uspokajam sie, że może rzeczywiście to nie podatnicy mi fundują takie prezenty.

Byłam jednak mile zaskoczona. Opłaty w procesie imigracyjnym NZ są jak na polskie warunki dość wysokie i sądziłam, że NZ po prostu na tym zarabia - co nie budziło we mnie protestu, bo sprzedawca może wycenić swój towar, jak chce. Okazuje się jednak, że część tego idzie na całkiem dobrej jakości opiekę nad imigrantem i pomoc w asymilacji.

Spotykałam się z opiniami, że państwo pobiera opłaty za imigrację, a potem zostawia człowieka samemu sobie. Ci, którzy je głoszą, pewnie nie odkryli takich możliwości. Prawdą jest, że nikt nie wyszukuje cię po przyjeździe i nie zgłasza się z takimi ofertami. Trzeba samemu wykazać inicjatywę, poszukać informacji na Necie, odwiedzić takie imprezy jak Migrant Expo, skontaktować się z imigrantami bardziej doświadczonymi, zwłaszcza ze społeczności, w których jest dobry przepływ informacji (Azjaci i Hindusi). Mój zapał do wyszukiwania takich informacji sprawił, że teraz mam więcej zaproszeń na spotkania integracyjne i zaproszeń do uczestnictw w różnych programach niż czasu, więc z większości nie skorzystam. Kiwi Ora jednak szczerze polecam, podchodzą do sprawy profesjonalnie i konktakt z nimi jest miły.