Milford Track
Milford Track to 4-dniowy
szlak pieszy prowadzący przez Fiordland, cieszący
się opinią najpiękniejszego na świecie.
Przeszliśmy go w marcu
2009. Ta i następne strony zawierają nasze
zdjęcia, wrażenia i porady dla tych, którzy
planują wybranie się tam.
(Żeby zobaczyć dużą
wersję zdjęcia, kliknij na miniaturę.)
W Te Anau, małej
miejscowości, z której się wyrusza, stoi pomnik
odkrywcy i miłośnika tych terenów. Zapomniałam,
którego, bo było ich kilku, tak czy inaczej jest to
piękny pomnik Turysty Górskiego na odpowiednim tle:

W Te Anau Downs
wsiedliśmy do łódki, która dowiozła nas na
początek szlaku. Jest to jedyny sposób, w jaki
można się dostać na Milford Track. Ministerstwo
Ochrony Środowiska kontroluje w ten sposób ilość
osób, które tamtędy idą, żeby zapobiec
zadeptaniu przyrody i trzeba rezerwować sobie
miejsce z dużym wyprzedzeniem.
Łódka
płynęła przez godzinę, oddalając się od
cywilizacji. Niedaleko celu podróży wyglądało to
tak:

Trochę się wystraszyłam.
Uświadomiłam sobie, że oto jest zupełna dzicz i
wysadzą nas tu na brzegu i zostawią na cztery dni w
tej dziczy. W co my się wpakowaliśmy? Po wyjściu
na brzeg uspokoił mnie widok tablicy informacyjnej w
znajomych kolorach - znak, że Ministerstwo jest z
nami i czuwa.

Weszliśmy na szlak. Od czego zacząć? Zdjęcia
nie będą w porządku chronologicznym. Idzie się
przez las i jest to las tak gęsty i olbrzymi, że
człowiek czuje się zgubiony w nim nawet idąc
wyraźnym, dobrze zbudowanym szlakiem.

Z drzew zwisają girlandy mchów
wyglądających jak wodorosty. Momentami idzie się
jak wśród masy postrzępionej, zielonej gazy
rozwieszonej na rusztowaniu gałęzi. Fiordland jest
jednym z najwilgotniejszych miejsc na świecie.
Niektóre mchy żyjące na drzewach nie mają korzeni
- żywią się wyłącznie tym, co sobie zatrzymają
z obfitych opadów deszczu.


Te koronkowe, delikatne dekoracje
wydają się małymi, pojedynczymi roślinami, ale
one też nie uniknęły fiordlandzkiej gigantomanii.
Niektóre z nich to jedna wielka roślina - są
takie, które potrafią się rozłożyć na
powierzchni stu kilkudziesięciu metrów
kwadratowych. Opisując rejs po Milford Sound
napisałam, że wszystko tu jest takie wielkie, że
czuje się, że nie zostało to zrobione dla
człowieka i wejście wgłąb Fiordlandu wzmocniło
to wrażenie. Nagle bardzo łatwo było uwierzyć,
że kiedyś po ziemi biegały dwumetrowe ptaki moa i
dinozaury.
Niektóre rośliny są tak duże, że
wyróżniają się nawet tutaj. Pierwszego dnia
napotkaliśmy na drogowskaz informujący, że tędy,
jeśli chce się zobaczyć Wielki Czerwony Buk.
 |
Gdy wracaliśmy z tej bocznej ścieżki,
spotkaliśmy idącą za nami koleżankę
z naszej grupy, która spojrzała na
wznoszącą się w górę drogę i
zapytała nas: czy jest to najbardziej
niesamowity buk, jaki widzieliście w
życiu? (bo inaczej nie idę dodatkowo w
górę...) Potwierdziliśmy.
Na szlak wpuszcza się 40 dziennie. W
naszej gromadzie były duże grupy
Izraelczyków i Niemców, trochę mniej
Amerykanów, a poza tym pojedyncze osoby
lub pary z różnych państw europejskich
i jedna Tajka. Przeglądając księgi
gości w chatkach po drodze, gdzie ludzie
wpisywali kraj pochodzenia, zobaczyłam,
że to typowy skład i że Milford Track
jest szczególnie popularny wśród ludzi
z Niemiec i Izraela.
Nie mogę się powstrzymać przed
oplotkowaniem Niemców. Przynieśli ze
sobą wypożyczone z biblioteki w
Invergargill 500-częściowe puzzle (z
9-cioma brakującymi elementami, co
biblioteka uczciwie napisała na
opakowaniu) przedstawiające samochód i
po dotarciu do pierwszej chatki siedzieli
do późnych godzin wieczornych, w pięć
osób te puzzle układając przy świetle
latarek, aż niektórzy ulitowali się
nad nimi i zaczęli im pomagać.
Przyznaję, że ten pomysł na spędzenie
wieczoru w lesie jest dla mnie kulturowo
obcy.
Tędy do
drugiej części.
|