Główna

Zdjęcia

Teksty

Poradnik

Guestbook

 
 

 

 

Nowa Zelandia - co się może nie podobać

Dotychczasowe materiały na tej stronie przedstawiają obraz bardzo optymistyczny. Rzeczy mniej optymistyczne wyciągnęłam bardziej z opisów innych ludzi na Necie, niż z własnych, jeszcze skąpych doświadczeń. Nie wydają mi się one osobiście groźne, a niektóre nawet nie wydają mi się prawdziwe, ale uczciwość wymaga o nich wspomnieć, żeby nie malować zbyt różowego obrazu.

Kiwi

Podstawowym zarzutem Polaków wobec Kiwi, spotykanym na forach jest, że są "powierzchowni, zimni i prymitywni", jak to brutalnie ujął jeden komentator z kawiarenka.pl. Opisywałam, jacy ludzie są tu niesamowicie mili. Otóż dla wielu Polaków owe "zimno i powierzchowność" polega na tym, że będąc tak mili (czyli dla nich: powierzchowni), Kiwusi nie zaproszą ich do siebie do domu (chyba że po roku czy dwóch codziennej znajomości), nie będą zainteresowani rozmawianiem z nimi o poważnych i głębokich sprawach w stylu słynnych "nocnych Polaków rozmów" i generalnie nie będą próbowali się "głęboko zaprzyjaźniać". Jak w całym anglosaskim świecie, my home is my castle; życie jest zorganizowane tak, żeby zminimalizować ingerencję w prywatność. Pisałam, że nie widziałam jeszcze na oczy sąsiadów z mojego piętra i nie zdziwię się, jeśli przez rok ich nie zobaczę, a oni mnie. Budynek został zaprojektowany tak, żeby zminimalizować "ocieranie się ludzi o siebie".

Tyle, że to nie jest specjalność nowozelandzka. Podobna postawa panuje zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Niemczech (gdzie po 10 latach kolegowania się mówisz do znajomych wciąż per pan/pani) i w wielu krajach o wysokim standardzie życia. Sąsiedzi wpadający na ploteczki i koleżanki w pracy dzielące się szczegółami życia prywatnego to rzecz typowa dla bratającego się szybko wschodu i południa Europy, w Nowej Zelandii jest po prostu kultura anglosaska i sądzę, że ci, dla których ta cecha Kiwusów była udręką, po prostu nie mieli innego międzykulturowego doświadczenia. Człowiek, który przyjedzie tu samotny, przyzwyczajony do słowiańskiej łatwej bliskości, rzeczywiście może mieć powody do chandry. Trzeba przyjeżdżać z własnymi przyjaciółmi lub rodziną.

O akcencie kiwuskim pisałam gdzie indziej, więc już nie powtarzam, ale z pewnością należy go zaliczyć do rzeczy, które mogą się nie podobać.

Jeśli chodzi o "prymitywizm", to zarzut może być bardziej uzasadniony, choć słowo za mocne. Jest to kraj wiejski, peryferyjny, mimo produkcji dobrych win narodowym napojem pozostaje piwo, ulubionym sportem jest rugby, a w sklepach z czasopismami olbrzymią ilość miejsca zajmują czasopisma poświęcone robótkom ręcznym czy urządzaniu domu, przy małym wyborze "tygodników opinii". Nuda wynikająca z małej ilości ludności i tego, że niewiele się dzieje jest dla wielu ludzi stąd motywacją do emigracji do Europy czy Stanów, gdzie jako obywatele mającego dobrą opinię państwa są przyjmowani chętnie. Spotykałam w Europie ludzi stąd i wszyscy byli zachwyceni tym, co można nazwać dużym zagęszczeniem bodźców i otwarcie się przyznawali, że czują się jak wieśniak, który przyjechał do miasta, a w Nowej Zelandii mieszkali w miastach i to nie tych najmniejszych. Urodzeni tu ludzie wyjeżdżają stąd i gdyby nie imigracja, Nowa Zelandia traciłaby ludność, zresztą bilans przyjazdów i wyjazdów nie w każdym roku jest na korzyść tych pierwszych. Sama byłam załamana, jak zobaczyłam pierwszy raz centrum Auckland, które na pierwszy rzut oka przegrywało z centrum Wrocławia pod względem ilości i różnorodności rozrywek towarzysko-kulturalnych. Pozostaje docenić dobre strony życia na wsi. Bardzo wysoko ucywilizowanej wsi.

Pogoda

Pogoda może dać w kość. Na pierwszy rzut oka jest tu przez większość czasu wspaniałe, prawie tropikalne słońce. Jednak to słońce jest groźne. Wartwa ozonu jest tu bardzo cienka i lekarze straszą, że 2 na 3 Nowozelandczyków zachoruje na raka skóry. Jeśli bez posmarowania się preparatem do opalania, a właściwie blokerem wyjdzie się na słońce, to bardzo szybko będzie się poparzonym albo co najmniej czerwonym.

Deszcze nadchodzą nagle i są bardzo ulewne, często jest to po prostu ściana wody. Jeśli jesteś na ulicy bez parasola, przemakasz do suchej nitki po kilku chwilach, zwłaszcza, że przed chwilą było słonecznie i nie masz na sobie zbyt grubej warstwy ubrania. Po deszczu wraca słońce, które cię szybko wysuszy. Trzeba uzupełnić bloker spłukany przez deszcz. W niektórych rejonach nad oceanem dochodzą do tego jeszcze mocne wiatry.

Dobrą stroną tej pogody jest brak konieczności ogrzewania. Budynki nie są ogrzewane, bo zima to 15 stopni powyżej zera. Najwyżej się wstawia do pokoju mały grzejnik elektryczny.