Główna

Zdjęcia

Teksty

Poradnik

Guestbook

 
 

 

Nowa Zelandia - Kiwi się nie skarżą

(Mała dygresja: ktoś w Księdze Gości się oburzył na używanie słowa "Kiwusi", ale "Kiwus/ka" się po prostu lepiej odmienia niż bezpłciowe "Kiwi". Wśród tych Polaków, których spotkałam w Nowej Zelandii, słowo "Kiwus" nie ma żadnego obraźliwego czy negatywnego podtekstu i jest zwyczajnym, slangowym określeniem, nie pozbawionym sympatii. Proszę się więc nie czepiać mi tego słowa, pozostanę przy nim.)

Kiwi się nie skarżą.

"Herald", największa tutejsza gazeta codzienna, opublikowała kiedyś artykuł o nieterminowym jeżdżeniu autobusów w Auckland. Firma przewozowa obsługująca wymienione linie odpowiedziała, że na miliony przewozów było tylko kilkanaście skarg, a więc o czym w ogóle mowa?

Po opublikowaniu tej odpowiedzi redakcja dostała mnóstwo oburzonych listów. Skargi? Kto by się skarżył! Ale autobusy jeżdżą nie tak, jak powinny. Mnóstwo ludzi się poskarżyło dopiero teraz, sprowokowani "bezczelną" odpowiedzią firmy.

Kiwi się nie skarżą. Żeby to zrozumieć, trzeba poczuć tutejszy wiatr, zostać przemoczonym deszczem, zostać ochlapanym falą siedząc na górnym pokładzie dużego promu, przesiedzieć zimę w jednym pokoju przy piecyku w nie ogrzewanym domu, poczytać o warunkach, w jakich żyli pierwsi osadnicy i łowcy wielorybów. Kiwi to bardziej zahartowany gatunek i tak już twardego Brytyjczyka. Skarżenie się na rzeczy, od których nie zależy przecież życie, jest małostkowością i poniżej godności.

Kiwuscy komentatorzy uważają, że to ta cecha narodowa Kiwi jest odpowiedzialna za wysoki poziom samobójstw w Nowej Zelandii (sic! bardzo wysoki). Jak Kiwi ma doła, nie pójdzie do kogoś pomarudzić, szczególnie na prowincji, gdzie twardość i związana z nią "bloke culture" trzyma się mocniej niż w dużych miastach.

Auckland cierpi na przerwy w dostawie prądu, ze względu na swoją nieszczęśliwą lokalizację geograficzną uzależniającą je od jednego drutu, którym płynie prąd z drugiego końca kraju. Przeżyłam to jak dotychczas raz. Byłam na szkoleniu, wygonili nas. Inni ludzie wykonujący pracę zależną od komputerów i innych napędzanych prądem urządzeń też wyszli na ulicę spędzać jakoś czas i zasadniczo nie byli zdenerwowani. Stanęły banki, sklepy, całe centrum miasta, największe skupisko biznesu, było bez prądu. Potem na Sieci i w Heraldzie pojawiły się opinie. I te opinie były optymistyczne, wiele z nich było w tonie "Dobrze daliśmy sobie radę, jesteśmy świetnie przygotowani, gdyby miało się zdarzyć coś gorszego", inni pisali, że w końcu zrobili zaległe porządki w papierach, właściciel obwoźnego automatu do kawy z akumulatorem zarobił tyle, co nigdy przedtem. Zmartwieni byli właściwie tylko właściciele firm robiących interesy z zagranicą, ale wyrazili to zmartwienie bardzo oględnie - ci, którzy zdecydowali się odezwać. Większość jednak mówiła: "Nic się nie stało, a nawet fajnie było i miało to swoje dobre strony".

Kiwi się nie skarży i - jeśli nie jest międzykulturowo obyty - traci grunt pod nogami w kontakcie z kimś, kto narzeka. To tak, jakbyś nie wiedząc nic o chińskiej kulturze został zaczepiony przez Chińczyka pytaniem "czy zjadłeś już swój ryż?", podczas gdy nie przypominasz sobie żadnego ryżu i nie widzisz powodu zadania takiego pytania. O co chodzi? Co się na to odpowiada? "Ponarzekajmy wspólnie" to najbardziej nieodpowiedni temat rozmowy, jeśli rozmawiasz z Kiwi.