Główna

Zdjęcia

Teksty

Poradnik

Guestbook

 
 

 

 

Nowa Zelandia - jak spotykam Polaków

Miło jest spotkać Polaka za granicą, w kraju, gdzie jest mało Polaków.

Pewnego dnia idę sobie Queen Street i mija mnie para ludzi z wielkimi plecakami, w butach górskich profesjonalnych, po prostu ludzie gór w centrum miasta, a jeszcze rozmawiają po polsku - głośno komentując otoczenie, nie sądząc, że ktoś rozumie. Idą wgapieni w mapę, nie zwalniając kroku. Przyśpieszam - trudno ich dogonić - i korzystając z tego, że się na chwilę zatrzymali z tą mapą podchodzę i po polsku pytam, czy może w czymś pomóc - wyglądali jak ludzie, którzy potrzebują wskazówek, jak gdzieś dotrzeć w obcym mieście, a ja mam ochotę pogadać z kimś chwilę po polsku.

Mile zaskoczeni spotkaniem rodaczki, wyprowadzają mnie z błędu. Roznoszą ulotki dla jednego ze schronisk dla backpackers, czyli plecakowiczów. Marketingowiec widocznie uznał, że ulotka będzie przekonująca, jeśli zostanie wręczona przez tak wiarygodnie wyglądających ludzi z tego samego plemienia podróżników pieszych z plecakami. Patrzą się na mapę, żeby zobaczyć, po których ulicach jeszcze nie chodzili - wypatrując w tłumie turystów. Uśmiechnęłam się zaskoczona, a oni poszli dalej - ciekawe, czy w tych wielkich plecakach było coś tak ciężkiego, jak to na pierwszy rzut oka wyglądało. Jeśli Polak wygląda, jakby był na wakacjach... to może właśnie ciężko pracuje.

Rodaka spotkałam też w klubie go. 4 dan (dla niezorientowanych: to dużo; stopnie siły gry są od 30 kyu do 1 kyu i potem od 1 dan wzwyż do 7). W klubie go spodziewałam się spotkać głównie Azjatów, bo to u nich ta gra jest tradycyjną grą tak jak dla Europy szachy, a tymczasem - choć Azjaci oczywiście też są - jest mocna reprezentacja Europy Środkowej i Wschodniej.

Jadąc windą w naszym wieżowcu porozmawiałam chwilę z pracownikiem technicznym budynku. Pyta, skąd jestem. Mówię, że z Polski. Uśmiecha się: to tak samo jak Adrianna, nasz nowy manager. Wypytał się mnie nawet, z jakiego miasta i regionu Polski jestem, żeby przekazać to swojej szefowej. Manager budynku to nie to samo co właściciel, ale intryguje mnie, kto nazwał nasz wieżowiec "Cintra". W Wikipedii ta nazwa jest tylko nazwą miasta w Portugalii - pisanego zresztą "Sintra" - i nazwą występującą u Sapkowskiego.

Ludzie, których spotykam, nie uczestniczą raczej w życiu polonijnym. Podobno jakieś jest. Kiedy po przyjeździe napisałam maila do udzielającego się na forach zamieszkałego od dawna w Auckland Polaka - że przyjechaliśmy, rezydenta mamy, że chętnie byśmy się spotkali z doświadczonymi emigrantami takimi jak on i żona w knajpie, pogadać, wymienić doświadczenia, posłuchać ich rad - dostałam odpowiedź, która była prysznicem zimnej wody. Że on się z zasady nie spotyka ani nie utrzymuje kontaktów z Polakami i że mi radzi to samo. Cóż - jakby napisał, że niestety, ale nie ma czasu na poszerzanie kręgu znajomych albo że z zasady nie spotyka się z nieznajomymi ludźmi z Sieci, nie byłoby to dziwne. Ale pierwszy raz w życiu ktoś mi oznajmił, że nie chce mieć ze mną do czynienia ze względu na narodowość i był to Polak.

Pogrzebanie po Necie mi uświadomiło, że istnieje coś takiego, jak lokalne polskie piekiełko tworzone przez jego uczestników, a w nim grupa osób, które nie cierpią Nowej Zelandii, dołują i roztaczają czarne wizje przed tymi, którzy myślą o przyjeździe i złoszczą się, jeśli ktoś pisze pozytywnie. Z ich własnych opisów wynika, że są to ludzie, którzy nie osiągnęli tu zadowalającego poziomu materialnego (albo nie tak szybko, jak się spodziewali) albo nie mieli tyle otwartości, żeby poradzić sobie z szokiem kulturowym. W wielu wypowiedziach przewija się straszna niechęć do Maorysów, którym rząd udziela różnego rodzaju pomocy nie przysługującej innym narodowościom. Jeśli ktoś chce poczytać teksty kogoś całkowicie zniechęconego do Nowej Zelandii, oto link: http://www.cashoob.republika.pl/