O rasizmie (niektórych)
Polaków
Niektórzy mnie pytają, co mnie odstręczyło od
tutejszej zasiedziałej Polonii. Jedną z
ważniejszych rzeczy był przejawiany na forach
Polonii nowozelandzkiej rasizm, pod którym nie
podpisywali się wszyscy, ale było go zdecydowanie
za dużo.
Mogę się domyślać, co go powodowało. Duża
część starszej Polonii przyjechała "na
turystę" i przez pierwsze miesiące lub nawet
lata borykali się z problemami finansowymi wskutek
trudności ze znalezieniem dobrze płatnej pracy -
nic dziwnego dla ludzi bez wizy i z częstokroć
słabą znajomością języka. Zamieszkali w
najtańszych i najbiedniejszych dzielnicach, gdzie
można się spotkać z takimi samymi patologiami jak
w złych dzielnicach w Polsce, choć w Polsce pewnie
w takich nigdy nie byli. Ponieważ z powodów
historycznych bieda w NZ jest bardzo kolorowa,
negatywne wrażenia na temat ludzi z
"underclass", w większości nie-białych
przenosili na całe rasy, czy to Maorysów, czy
"Pacyfików" (wyspiarzy z wysp na
Pacyfiku).
Drugi powód jest zupełnie obrzydliwy: zawiść o
tanie kredyty i inną pomoc, jakiej rząd udziela
Maorysom starając się im zrekompensować
dziesięciolecia złego traktowania, które
wyniszczyły tę społeczność ekonomicznie i
psychicznie. Do NZ nie przyjeżdża się po
świadczenia socjalne. W rolę imigranta wpisane
jest, że dorabia się sam, od zera i bez pomocy.
Imigrant jest gościem. Względne bogactwo NZ, które
przyciągnęło tutaj imigranta, zostało
osiągnięte między innymi dzięki zabraniu Maorysom
ziemi. Jak ktokolwiek, kto ledwo co przyjechał,
śmie domagać się czegoś, bo Maorysi to dostają?
Generalnie jestem przeciwnikiem państwa
opiekuńczego, ale w przypadku ubogich Maorysów ich
mentalność życia ze świadczeń nie jest wrodzoną
wadą charakteru, tylko wynikiem długiego
traktowania tego narodu w sposób, który zniszczył
ich wartości.
Jeśli chodzi o mnie, to moi najlepsi kumple tu to
właśnie Maorysi. Moje uporczywe używanie pewnego
murka jako ławki doprowadziło do zaproszenia mnie
do domu przez właścicieli murka. Dostałam
poczęstunek i usłyszałam "Witaj w Nowej
Zelandii", po raz pierwszy od miejscowych.
Okazało się też, że można sobie z nimi pogadać
na ciężkie i poważne tematy, w przeciwienstwie do
beztroskich Kiwi. Gdybym się miała kierować
wyłącznie osobistym doświadczeniem, to Maori
lubię najbardziej ze wszystkich tutejszych grup
narodowościowych.
W pracy mam Zimbabwiańczyków, Chińczyka, ludzi
ze Sri Lanki oraz oczywiście Kiwi. Wśród
klientów, z którymi się stykam, mam wszystko, co
można sobie wyobrazić - Kiwi, Maori,
Samoańczyków, Koreańczyków, Mongoła,
Irańczyków, Hindusów, Serbów... za długo by
wymieniać. Jakoś nie nabrałam uprzedzenia do
żadnej grupy narodowościowej, po pierwsze dlatego,
że ludzie, z którymi się stykam, są ze względu
na środowisko tymi, którzy przeszli pozytywną
selekcję, a po drugie dlatego, że wiem, że
generalizowanie cech jakiejś jednostki czy grupy na
całą narodowość jest głupie, zwłaszcza gdy
samemu jest się narodowości, wobec której wielu
Amerykanów czy Niemców taką negatywną
generalizację stosuje.
Jeśli ktoś nie umie sobie poradzić z
różnorodnością narodowości i kultur, to niech
nie przyjeżdża i nie robi wstydu.
PS. Odpowiadając na wpis w Księdze Gości:
rzeczywiście "zasiedziałość" ma mniej
do rzeczy niż zaściankowość, prowincjonalność,
brak obycia itp. Mój skrót myślowy w pierwszym
akapicie wynikał z tego, że na forach większość
takich poglądów widziałam w wykonaniu ludzi z
dużym stażem (jak dla mnie, powyżej 4 lat).