Życie religijne
W skrócie: kościoły są rozmieszczone gęściej
niż w Polsce, na Queen St w piątkowe wieczory
udzielają się uliczni kaznodzieje wzywający do
nawrócenia, młodzież sobie staje na placu Aotea i
śpiewa pieśni chrześcijańskie - tak jest w
Auckland, które należy do tutejszego Bible Belt,
czyli "pasa biblijnego" na wzór tego z
USA. Ale jednocześnie ponad jedna czwarta ludności
w spisie powszechnym zadeklarowała brak religii, a
Kiwi przysłuchujący się mojej rozmowie z pewnym
Serbem o napięciach religijnych na Bałkanach
powiedział z autentycznym zdziwieniem i bez
wrogości: "Religia? Ja nie mam religii"
("po co to ludziom?").
W życiu religijnym NZ, tak jak w innych
dziedzinach, panuje niesamowita różnorodność - i
poszanowanie dla prywatności. Koło jakichkolwiek
objawów życia religijnego, jakie napotkasz,
będziesz mógł przejść nie zaczepiany, jeśli nie
zakomunikujesz wyraźnie słowem lub czynem, że
chcesz być zaczepiony. Ci ludzie "bez
religii", których jest tu tylu, nie są
ateistami ani antyklerykałami. Religia po prostu w
ich życiu nie istnieje, nie obchodzi ich i są na
nią obojętni, a reszty ludzi nie obchodzi to, że
ich to nie obchodzi. Tu się ludzi nie nawraca i nie
napastuje w bezpośrednim kontakcie. Do tego, żeby
ktoś przyszedł z własnej woli, kościoły
używają bardziej lub mniej nowoczesnych technik
marketingowych.
W NZ dominuje chrześcijaństwo, z większością
protestancką, choć Auckland jest akurat miastem z
większością katolicką. Ale najpierw o tym, co
najbardziej uderza w tutejszych kościołach.
Po pierwsze, jest ich dużo, ale są małe i
bardzo poszatkowane ze względu na narodowość i
wyznanie. Koreańscy baptyści, indonezyjscy
prezbiterianie, zielonoświątkowi Samoanie i tak
dalej; po drugie, są bardzo skupione na aktywności
społecznej - kościoły konkurują ze sobą w
akcjach charytatywnych, misjach wśród bezdomnych i
innych formach pracy społecznej i dobroczynności;
po trzecie, można odnieść wrażenie, że ich
główną rolą, przynajmniej niektórych, jest bycie
klubem towarzyskim. Inaczej niż w Polsce, gdzie
można wejść na mszę czy nabożeństwo i wyjść
nie zaczepianym, w Nowej Zelandii jest się szybko
wciąganym w społeczność kościelną i jej
aktywności.
Ponieważ nie ma presji społecznej na bycie
wierzącym czy praktyki religijne, ludzie chodzący
do kościoła są w większości poważniej
zaangażowani i zjawisko "niewierzących
praktykujących", w przeciwieństwie do Polski,
niemal nie występuje.
Jeśli chodzi o katolicyzm, to poza potomkami
irlandzkich katolików, którzy byli wśród wczesnej
imigracji do NZ oraz imigracją z krajów katolickich
można wśród tutejszych katolików spotkać bardzo
wielu Azjatów. Hierarchiczny, uporządkowany,
zdyscyplinowany katolicyzm kładący nacisk na
wartości rodzinne przemawia do wielu z nich bardziej
niż znacznie luźniejszy protestantyzm, ponieważ
są to te same wartości, które są ważne w
większości kultur azjatyckich. Z kolei imigranci z
Wysp Pacyfiku - Tonga, Samoa, Niue i tak dalej -
masowo nawrócili się na charyzmatyczne odmiany
chrześcijaństwa (głównie zielonoświątkowe),
przypuszczalnie też ze względu na ich podobieństwo
do tego, co było im znajome z własnej kultury.
Nacisk na braterstwo i społeczność czyni
kościoły bardzo atrakcyjnym miejscem dla nowych
imigrantów, spragnionych życia towarzyskiego, a nie
znających jeszcze nikogo, a czasem także
spragnionych znajomości, które pomogą dostać
pracę lub lepszą pracę. Widziałam nawet
imigranta, który przyszedł na kościelne spotkanie
i rozdał wszystkim swoje CV! Nikt nie jest wobec
takich ludzi niemiły, ale na takiego nowego
imigranta, który przyszedł wyraźnie w
przyziemnych, interesownych celach patrzy się ze
zrozumiałymi mieszanymi uczuciami - jeśli
znajdziesz się w roli nowego przybysza, unikaj
zachowań, które mogą zranić kościół sugestią,
że interesuje cię wyłącznie uzyskanie
pożytecznych znajomości.