Główna

Zdjęcia

Teksty

Poradnik

Guestbook

 
 

 

Rotorua i okolice (turystycznie)

Rotorua leży w kraterze wulkanu. Auckland leży na ponad pięćdziesięciu wulkanach. Najwyraźniej Nowozelandczycy rozumowali tak: "o, wulkan! no to budujemy".

Jeden z okolicznych wulkanów wybuchł około 100 lat temu, zasypując całą wioskę i powodując masę ofiar. Wiąże się z tym historia: góra Tarawera była dla Maori święta, tapu, mogli na nią wchodzić tylko wyznaczeni strażnicy góry. Ale pojawili się Europejczycy, którym góra się spodobała i chcieli na nią wejść, a Maori byli tak gościnni, że mimo tapu zaprowadzili ich. W czasach, gdy podróżować było znacznie ciężej niż dziś, sława miejsca rozeszła się na tyle, że pojawiało się coraz więcej turystów. Powstał hotel. Maori pracowali jako przewodnicy dla turystów i bardzo się na tym wzbogacili, tak bardzo, że oczy rzeźb przodków zazwyczaj wykonywane z muszli paua zaczęli robić ze złota. Był starzec, który ostrzegał, że ta chciwość i pogwałcenie tapu sprowadzi wielkie nieszczęście, ale nikt go nie słuchał i pewnej nocy z Tarawery wystrzeliły na kilometr w górę strumienie lawy. Trzydzieści parę osób przeżyło, ale hotel został zniszczony doszczętnie. Gniew bogów jak nic, ale ludzie się nie przejęli, wybudowali nowe hotele i dalej chodzą masowo na wycieczki turystyczne na świętą górę, a bogowie się poddali, a nawet polubili turystów - w każdym razie taką miejmy nadzieję.

Z historii w regionie jest jeszcze ta o parze kochanków, gdzie ona mieszkała na brzegu jeziora Rotorua, a on na wyspie pośrodku jeziora i rodzice nie chcieli im pozwolić na ślub, a wioska chowała każdego wieczora łódki, żeby dziewczyna nie uciekła do niego. Ale pewnej nocy, prowadzona w ciemności melodią graną przez niego na flecie, przepłynęła drogę wpław i się pobrali. Historia jest prawdziwa i żyją dziś ich potomkowie. Wierzę w tę historię też dlatego, że moja fryzjerka przepłynęła z Auckland do North Shore w mniej niż godzinę i to nawet nie motywowana miłością, więc takie kobiety nadal tu są.

W Rotorua jest muzeum, w którym jest spora kolekcja obrazów natury ilustracyjnej, czyli portretów Maori i scen z życia wiosek maoryskich oraz kontaktów między osadnikami i Maorysami, malowanych przez dawnych osadników. Nie mają dużej wartości artystycznej, ale w ciekawy, przystępny sposób opowiadają prawdziwą, nie tak dawną historię regionu. Rotorua jest jednak przede wszystkim miejscowością uzdrowiskową i atrakcją turystyczną ze względu na okoliczne gejzery, aktywne geotermalnie obszary, jaskinie i ładną przyrodę.

W sklepach w centrum zdzierają z turystów strasznie. Jadeitowe koru, czyli spiralny wisiorek, pięciocentymentrowy, który w Auckland, nawet w centrum, nie chodzi za więcej niż 20-40 dolarów tu niektóre galerie i sklepy próbują upchnąć za dwieście i więcej. Widziałam już tyle jadeitu, że wiem, że te wisiorki za dwieście nie mają nic, co by uzasadniało cenę, poza oczywiście masami nieuświadomionych i bogatych turystów, którzy się na to dają złapać. Zawiesiliśmy sobie na szyjach duże, jadeitowe pounamu podarowane nam przez naszego przyjaciela Maorysa i wyglądaliśmy jak bardzo wiarygodni i bogaci turyści. Pamiątki można w Rotorua pooglądać, ale zakupy należy sobie raczej odpuścić i iść na Victoria Park Market w Auckland, gdzie dzięki większej konkurencji takie numery nie przechodzą. Za to Pak'n'Save w Rotorua jest dobrym miejscem do kupowania owczych skór, o połowę taniej niż w Auckland.

Rezerwat termalny Whaka-coś (Te Puia)

Cena nas trochę oburzyła: 50 dolarów od osoby za oglądanie przyrody! Byłoby to tyle warte, rzecz w tym, że na siłę i nieodłącznie wciskają ludziom tour z przewodnikiem po maoryskich atrakcjach parku i koncert maoryski i z tego wynika cena. O ile kulturą maoryską jestem zainteresowana szczerze i głęboko, do lektury książek etnograficznych włącznie, to nie lubię, jak mi się coś wciska na siłę i to w tak komercyjnej, spłaszczonej, nastawionej na turystów wersji. Olaliśmy przewodnika i koncert i poszliśmy oglądać gejzery. Wow.

Krajobraz jest nierzeczywisty. Z lasu unoszą się kłęby siarczanych wyziewów, bajorka błota bulgocą i na ich powierzchni pojawiają się pękające głośno błotne bąble, zieje też gęstą parą z głębokich jam, a nade wszystko - woda wytryskuje z gejzerów. Woda i para wytryskują chaotycznie, widok zmienia się co chwilę, aktywność geotermalna jest gorączkowa. Widząc ten księżycowo-piekielny krajobraz człowiek głupieje. Tyle energii, tak rozrzutnie zużywanej od tak dawna, tyle kolorów błota, a do tego tyle roślin - bo wyziewy jakoś nie zabiły życia i rośnie ono tam tak samo bujnie jak wszędzie. Jako dodatkowa atrakcja, ubranie przesiąka siarką i śmierdzi. Jednym słowem warto zobaczyć.

Zdjęcia (ale nie oddają tego, jak to jest stać będąc otoczonym tym ze wszystkich stron).

Wai-o-Tapu Thermal Wonderland

Kolejny park z gejzerami do zobaczenia. Główną atrakcją jest gejzer Lady Knox. Wybucha on o 10.15, choć tak naprawdę jest to kiwuski gejzer i 10.15 niekoniecznie oznacza 10.15. Może dlatego, że była to sobota w sezonie, były tłumy i jeśli ktoś nie chce stać w kolejce samochodów i śpieszyć się bojąc się, czy zdąży, a także mieć dobre miejsce do oglądania, należy się zjawić z odpowiednim wyprzedzeniem. Gejzer jest stymulowany przez mistrza ceremonii - który opowiada jego historię - wrzuceniem do środka kawałka mydła, które zmniejsza napięcie powierzchniowe. Wybuch jest widowiskowy; po obejrzeniu można wrócić do parku termalnego i przejść się trasą wśród wielkich, kolorowych, dymiących jezior i siarczanych jaskiń.

Nazwa, która tłumaczy się jako "Kraina geotermalnych cudów" jest trafiona, ponieważ takich efektów kolorystycznych, oparowych i zapachowych się nie spodziewałam nawet po pewnym oswojeniu z podobnymi krajobrazami w Te Puia. Szczególne wrażenie robią kolory - bajorka mają ich całą gamę w kolorach rzadko spotykanych w przyrodzie i wygląda to tak, jakby ktoś porozlewał farby (jedno z miejsc nazywa się zresztą "paleta"), toksyczne, dymiące farby. Wygląda to wszystko dziwacznie i złowrogo i nic dziwnego, że wiele kraterów i stawów ma nazwy kojarzące się z piekłem - "Kałamarz diabła", "piekielny krater". Krajobraz jest taki, że jedyne, czego brakuje, to wieży złego czarnoksiężnika i potworów-mutantów patrolujących teren.

Zdjęcia

Jak wspominałam, w weekendy latem są tłumy i jeśli ktoś nie chce oglądać tego wszystkiego w tłumie, polecam wybrać się w dzień roboczy.

Jaskinie Waitomo

Są ponad dwie godziny jazdy od Rotorua i na ich porządne zwiedzanie lepiej zakwaterować się w samym Waitomo, ale jeśli ktoś jest na szybkim objeździe po NZ, warto tam skoczyć z Rotorua i zobaczyć choćby jaskinię z glowwormami, czyli świecącymi robaczkami przytwierdzonymi do skały. Jest to gatunek występujący tylko w NZ. W jaskini wsiada się do łodzi i płynie w ciemności pod sufitem pełnym świecących robaczków, który przypomina rozgwieżdżone niebo. W mitologii maoryskiej (czego nie mówią przewodnicy i sama doczytałam) jest kilka rodzajów światła, które były stwarzane kolejno, coraz mocniejsze. Światło glowwormów jest w tych opowieściach pierwszym, najsłabszym światłem, które powstało, gdy cały świat był jeszcze pogrążony w ciemnościach.

Nie wolno robić zdjęć, zresztą w tych ciemnościach trzeba by dobrego sprzętu, żeby wyszły. Poza tą jaskinią jest tam kilkadziesiąt innych i masa firm organizujących rozrywki w tych jaskiniach, od pływania podziemnymi rzekami po zjeżdżanie na linach. Nie mieliśmy na to czasu, ale zamierzamy tam wrócić.

Spacery po okolicy

Jeśli ktoś spędza w Rotorua więcej czasu, to jest kilka ładnych szlaków pieszych po okolicy, wśród jezior (niektóre całkiem wyrypiaste i wymagające zaprawy w wycieczkach). Można na nich zobaczyć typową roślinność nowozelandzkiego buszu w pełnej krasie, a także zaznać trochę samotności, bo tłumy turystów zagranicznych ganiające od jednej rozreklamowanej (i płatnej) atrakcji do następnej omijają je.