Nowa Zelandia - jak się tu
łowi ryby :)
W Polsce łowienie ryb
kojarzyło mi się ze "sportem" niemrawych
emerytów siedzących cierpliwie nad spokojną wodą.
Tutaj to sport dla... silnych ludzi.
Ryby są duże i pływają w
oceanie, na którym są dość duże fale. Rybak
wychodzi na skałę wysuniętą w ocean lub jedzie
motorówką na jakąś wysepkę, rozkłada się ze
sprzętem, czasem fala go obmyje, czasem złowi
małą rybę, ale dość często trafia się taka,
że trzeba się z nią mocować. Dwa razy widziałam
taką walkę i ludzie ją przegrywali. Ojciec A.
opowiedział mi, że kiedyś jego znajomy włożył
palec do wody, a jak wyjął, to miał na palcu
wgryzioną w niego rybę.
Małych, skalistych wysepek,
z których się dobrze łowi, jest dużo i za
niewielką opłatą można sobie wynająć taką
bezludną wyspę na cały dzień, zostać rano
przywiezionym motorówką i wieczorem odebranym z
niej motorówką, a w międzyczasie łowić ryby.
Byliśmy dzień na takiej wyspie. Ojciec A. polował
na ryby, a morskie ptaki polowały na jego przynętę
i bezczelnie porywały mu te kalmary spod nóg.
(Po takiej jeździe
motorówką człowiek przestaje uważać, że polskie
drogi są złe. Rzuca w górę i w dół o połowę
wysokości człowieka i to w szybkim tempie.)
Jeśli się chce przekąski
podczas łowienia, świeżo złapaną rybę się
macza w miksturze z sosu sojowego i jakiejś
egzotycznej pasty i je (na surowo).
Podczas tego dnia na wyspie,
poza mnóstwem zamieszkanych muszli, widzieliśmy
pingwina. Mały, młody pingwin-dzieciak
przepłynął obok naszej wysepki. A. powiedział,
że to jest jak być w wielkim zoo.
Zwierzęta tak jakby - może
to moje wyidealizowane pierwsze wrażenie - znalazły
tu równowagę we współżyciu z ludźmi. Są
dzikie, ale się nie boją. Traktują ludzi jak
naturalny element krajobrazu. Nie podchodzą - chyba
że chcą ukraść jedzenie - ale i nie uciekają.
Nie dają się ze sobą spoufalić, ale usiądą
blisko, jeśli im akurat tam wygodnie.