O tym, co
mi było najtrudniej zaakceptować
Takie pytanie zadała mi dziennikarka robiąca
reportaż o Polakach w Nowej Zelandii: Co Pani było
najtrudniej zaakceptować w tym kraju? Trudno było
wymyślić odpowiedź; wymyśliłam coś na siłę,
mówiąc o rzeczach, które wywołują we mnie
czasami małą irytację, jak to, że wszystko jest
daleko.
W rzeczywistości odpowiedź nie była trudna, ale
prawdziwa odpowiedź nie pasowałaby do artykułu
prasowego i nie chciałam jej sprawiać kłopotu
pisząc coś, co by nie było dobrym materiałem. Tu,
u siebie, mogę napisać szczerze: najtrudniej było
mi zaakceptować niebo i to, co się na nim dzieje.
Kiedyś ktoś mnie skutecznie nauczył, że kiedy
księżyc jest w kształcie litery D, to
"dopełnia", rośnie, jest w pierwszej
kwadrze, a kiedy jest w ksztalcie litery C, to
"ciemnieje", jest w trzeciej kwadrze(*).
Teraz muszę dodać do tego negację, bo w Nowej
Zelandii jest dokładnie na odwrót.
Słońce w południe jest na północy. Ale
najgorzej było z gwiazdami.
Jestem obyta z przeprowadzkami. Do osiemnastego
roku życia zaliczyłam cztery, z czego dwie były do
obcego kraju i z powrotem (dokładnie wtedy, kiedy
już się zakorzeniłam w nowym miejscu i jako
dziecko szybko zapomniałam o Polsce). Nie tęsknię
za starymi miejscami, szybko akceptuję nowe, zmiany
otoczenia są dla mnie czymś naturalnym. Tak mi się
przynajmniej wydawało.
Nowa Zelandia na początku wydawała się
odległym kawałkiem Europy, tej Europy, w której
dowolnym miejscu nie czułam się nigdy naprawdę
"za granicą". Odległość nie miała
znaczenia: doba lotu a trzy godziny lotu? Mała
różnica w porównaniu do czasów, gdy podróże
trwały tygodniami i miesiącami.
A potem popatrzyłam w niebo i nie rozpoznałam
ani jednego gwiazdozbioru. Jako dziecko pasjonowałam
się astronomią, przeczytałam wiele
popularnonaukowych książek, znałam mapę nieba.
Niebo było czymś stałym, czy się było w Polsce,
Niemczech czy Wielkiej Brytanii.
A tu było inne. Wiedziałam, że na południowej
półkuli jest inne, ale w gorączce przeprowadzki w
ogóle o tym nie pomyślałam. Popatrzyłam, nie
rozpoznałam gwiazdozbiorów i poczułam, że jestem
naprawdę gdzieś zupełnie indziej, gdzieś daleko i
przestraszyłam się. Podróże mnie oswoiły ze
zmianą otoczenia, ale dopiero ta zmiana otoczenia
była całkowita, obejmująca niebo i ziemię.
Nauczyłam się nowej mapy nieba. Nazwy nadano tu
gwiazdozbiorom później i nadawali je ludzie mało
romantyczni. Zamiast mitologicznych postaci mamy tu
nazwy narzędzi nawigacyjnych. Nazwy geograficzne
zdradzają zresztą ten sam brak polotu. Nowa
Zelandia (Sea Land), Nowy Kraj Na Morzu**. Wyspa
Północna, Wyspa Południowa. Czy można być mniej
kreatywnym? Ludzie, którzy robili tu pierwsze mapy,
gdy widzieli małą zatokę, nazywali ją
"Little Bay", mała zatoka. Gdy widzieli
piaszczystą zatokę, nazywali ją "Sandy
Bay" - piaszczysta zatoka. Jest tu masa nazw,
których jedyną rola jest zwerbalizowanie
oczywistości, nazw, które przychodzą do głowy
jako pierwsze na widok danej rzeczy. Mowa o
anglojęzycznych, te maoryskie mają w sobie dla
równowagi aż nadmiar poezji.
Wracając do nieba, wciąż się oswajam z Inną
Stroną Kosmosu i jeszcze to potrwa. To dziwne
uczucie, wiedzieć o czymś, ale być prawdziwie
zaskoczonym, gdy się to naprawdę zobaczy.
---
Przypisy
* Do dobrych przyrodniczych skojarzeń
mnemotechnicznych należy między innymi to, które
pozwala zapamiętać różnicę między stalaktytem a
stalagmitem. Obie te rzeczy to kamienne sople w
jaskiniach, jedne zwisające z góry, a drugie
wyrastające z dołu. Które są które?
Skojarzenie zawiera wulgaryzm, ale na tym polega jego
skuteczność. Otóż w słowie "stalagmit"
jest "g", "g" jak gówno, a
gówno leży na ziemi, więc stalagmity to te na
dole. Będziesz, czytelniku, zdziwiony tym, jak
właśnie bez wysiłku na resztę życia bezbłędnie
zapamiętałeś różnicę między stalaktytem a
stalagmitem.
** Nazwa New Zealand tak naprawdę pochodzi od
Zelandii znajdującej się gdzieś w Beneluxie, nazwa
powstała w podobny sposób jak "Nowy Jork"
czy "Nowa Kaledonia", ale pasuje doskonale.